Przypomniedziałki (#3): Za Siódmą Górą – Muzyka jakiej świat nie widzi (1996)

Ktoś nakleił na plakacie wyborczym kandydata na kogoś tam wlepkę z napisem “zero procent narodowej dumy”. Szkoda, że on – lub ktoś ze sztabu partii – nie pomyślał o takim haśle.

Ten wstęp nie ma większego sensu. Po prostu opisuję to, co zobaczyłem, gdy próbowałem w myślach ułożyć dzisiejszą notkę. Powinienem pewnie pisać ich sobie ileś tam na zapas, gdy jestem w stanie. By nie wychodziły takie jak ta.

“Muzyki…” słucham sobie ostatnio przed snem. A właściwie zasypiając. Wówczas opowieści, wysnute z syntezatorowej mgły pośród dronów i hałasów (“wysnute” naturalnie w dwojakim sensie), stają się zupełnie niesamowite. Są jak bajki na dobranoc, po których nic się nie śni.

Zwykle odpadam – szczęśliwie – przed ostatnim utworem, zresztą moim ukochanym, w którym jest mnóstwo niepokoju, czyniącego chociażby album “Performance” bardzo ciężkim dla tego, kto chciałby odczuć przyjemność ze słuchania muzyki, nie tylko odczuć samą muzykę.

Wyjątkowo nie mam dziś weny. A może pisanie o miłości jest zbyt wymagające. Bo nie umiem nie darzyć (takim) uczuciem nagrań Za Siódmą Górą. Nie umiem sobie wyobrazić, że można… inaczej.

I nie wiem, co smutniejsze: to, że tytuł jest tak gorzki, czy to, że gdy wpisać nazwę formacji, którą dowodzi Wojcek Czern, to na YouTubie odnajdziemy odcinki programu, który był (jest?) emitowany w telewizji znanej z tego, że osoby pokazujące się w niej narodowej dumy mają w sobie tyle, że pewnie na nic innego nie starcza miejsca.

A skoro naród nie jest dumny z takich płyt jak ta, to co mu z tej dumy?

Wzorcowy ambient. Jego kolorystyka została dobrze oddana na okładce.

ZA SIÓDMĄ GÓRĄ, Muzyka jakiej świat nie widzi, OBUH

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *