Przypomniedziałki (#2): Ścianka – Dni wiatru (2001)

Nie bardzo umiem oddzielić muzykę od (prze)życia, nie wiązać odczuć z czasem/minionym; zapominać. Wiem bardzo dobrze, kiedy poznałem “Dni wiatru”, ale ostatecznie bardziej to ciąży niż waży. Bowiem niezależnie od wszystkiego, nie mógłbym nie uważać tej płyty za wielką i wybitną.

—WTRĄCENIE—
I uważam za taką dlatego, że taka jest. Nie przez żadne skojarzenia. Bo znam tylko jedną osobę, której stosunek do Ścianki jest znany mnie. Negatywny. Bardzo delikatnie mówiąc. Aż się boję “orać na ugorze”…
—WTRĄCENIE—

Mam żal do redaktora Dejnarowicza o to, że wystawił jej notę 9.1, którą przez lata odstraszała mnie od dzieła sopocian (no skoro tak wysoka, to znaczy, że złe, bo to Porcys), a teraz wydaje się o co najmniej pół punkta za niska.

Z drugiej strony, cieszę się, bo może tak właśnie miało być, że dzień, w którym dałem te trzy i pół gwiazdki na RYM-ie, nadchodził i nadchodził. Może dzięki temu przypadkowi, dzięki tej nieprzypadkowości, mogłem ją docenić. Wcześniej było o to trudniej. A lepiej późno niż wcale.
***
Śniłem kiedyś o tym, iż próbowałem tłumaczyć komuś (nie wiem komu), że “The Iris…” to Mount Everest piosenkarstwa. Że nie da się w tej formie i w tym czasie zawrzeć i zakląć niczego piękniejszego, a tego, co się dzieje od 1:30, to już w ogóle. Cóż, sny bywają głupie. Nie wiem, komu trzeba by było to tłumaczyć.

Koledze chciałem “sprzedać” “Piotrka”. Ponieważ nieomal dochodziło wówczas do aktów przemocy (“nie puszczaj mi stalkerskich tracków” – powtarzał, zresztą doświadczony wcześniej mocno, za moją sprawą, przez Wsie), sam też długo się broniłem tym, że po jakichś trzech minutach umysł gubił wątek, żeby nie skończyło się to źle dla i tak wątłego zdrowia psychicznego, to na liście rzeczy wybitnych mamy już dwie pozycje.

Jedynym innym utworem, który tak jak “19 XI” wyraża bez słów absolutnie wszystko, czego słowami i tak by się nie dało wyrazić, jest “Peron 4” z “Białych wakacji”. Doliczyliśmy zatem do trzech.

—WTRĄCENIE—
(aż mi się przypomina, jak już po liceum wraz z dwójką kolegów – rzecz odbyła się raczej “na słowo” – stanęliśmy w konkury, kto umie doliczyć do większej liczby po francusku; wygrał zawodnik, który umiał do czterech; i nie byłem to ja)
—WTRĄCENIE—

“Czarny autobus” i “***” tworzą razem całość tak nieprzenikalnie smolistą, że trudno mi choćby w skrajnej ekstremie odnaleźć coś równie ciemnego. Nawet jeśli pominąć ciężar emocjonalny, gdyż Ścianka nie uprawia sztuki dla sztuki.

Utwór tytułowy. Jeśli to jest post-rock, to cały gatunek może nie istnieć. Dziewięć minut i osiem sekund wyczerpało temat.

“Spychacz” to rzecz totalna.

“Latający pies” i “Oceans fall down” są ładnymi piosenkami. Więc żeby być krytycznym, choć trochę, to niech będzie, że stąd to – powiedzmy – 9.8/10 w porcysowej skali. Psychodeliczne, czarne jak bezgwiezdna noc, kapitalnie napisane – także gdy idzie o tekst(y) – słuchowisko. Kolos i monolit.
***
Oczywiście sam wspomnianą ocenę (3,5) zmieniłem z czasem na maksymalną (5,0). I trochę teraz szyję z pamięci, ale w prasie – nie pomnę tytułu – bodaj redaktor Dunaj (a skoro on, to wiedziałbym gdzie, ale no nie wiem, czy on) słusznie prawił o tym, że tego albumu kategoria czasu się nie ima. Ale być może zespół ją pojmuje zupełnie inaczej, skoro wystarczy wejść na jego stronę internetową, by tracąc przy tym nerwy przypomnieć sobie, że minęło siedem lat od czasu NIEwydania “Come November”.


ŚCIANKA, Dni wiatru, Sissy

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *