Z ręką na pulsie (#26): Drudkh / Paysage d’Hiver, Susanne Sundfør, Vulture

Drudkh / Paysage d’Hiver – Somewhere Sadness Wanders / Schnee (IV) (ep) (Underground Activists)

Pierwszą stronę splitu pominę. Kto jaki ma stosunek do tych Ukraińców, taki będzie mieć po tych dwóch utworach. Mój pozostaje ambiwalentny. Ciekawsze podejście, co nie jest żadnym odkryciem, prezentuje Paysage d’Hiver. Wizja black metalu snuta przez Tobiasa Möckla jest mi bardzo bliska. Kolejne dwadzieścia minut śnieżnej nawałnicy od mistrza lo-fi to miód na moje uszy. Wprawdzie “Schnee IV” nie dorównuje “Schnee” ze splitu z Vinterriket, ale oba zespoły są w formie, co trzeba uczciwie przyznać. Samo wydawnictwo to rzecz raczej dla fanów któregoś z nich. Niezaangażowanym emocjonalnie słuchaczom może bardziej przypaść do gustu strona A, bo na niej coś tam przynajmniej słychać.;) Ale w obu przypadkach lepiej zacząć od pełnych płyt.

Susanne Sundfør – Music For People In Trouble (Bella Union)

Jejku, tak! Susanne Sundfør kombinowała i kombinowała, a jak się okazało na “Music For People In Trouble”, piękno tkwi w prostocie. Cóż za niespodzianka! Zastanawiałem się, czy nie sięgnąłem przypadkiem po nową płytę Kari Rueslåtten, a takie wątpliwości to spory komplement. Piosenki odarto ze wszystkiego, co niepotrzebne, do samych kości, a folkowy szkielet, na którym wspiera się cała misterna i delikatna konstrukcja, wydaje się nie do ruszenia. Wreszcie to jest MÓJ pop. Oszczędny, intymny, piękny. Wreszcie słyszę, że to Norweżka, a nie kolejna Amerykanka czy Brytyjka (do których naturalnie nic nie mam, bo nie w tym rzecz).  Wreszcie Susanne Sundfør przestaje być dla mnie artystką jednego przeboju.😉 Razem z Nadią Reid i Julie Byrne rządzą w tym roku.

Vulture – The Guillotine (HR)

Mimo wszystko rozczarowanie. Uwielbiam debiut Slayera, po latach to bodaj moja ulubiona płyta w ich dorobku, więc takie granie, jakie proponują Niemcy z Vulture, jest dla mnie dość interesujące. Duch thrashowców z Bay Area jest tutaj wyraźnie obecny. Fakt, że oba albumy dzielą trzydzieści cztery lata (!!), pozostaje w zasadzie bez znaczenia. Problem, bo jest jeden zasadniczy, leży gdzie indziej. Debiutancka epka (“Victim of the Blade”, 2016) okazuje się czymś w rodzaju niespełnionej obietnicy. Dostajemy wprawdzie więcej tego samego, ale choć w tym graniu jest ikra, to brak iskry. Dlatego “The Guillotine” (nawiasem mówiąc, świetna, jakże niedzisiejsza okładka) nudzi, a nie porywa. Poprawne poruszanie się w konwencji i sprawny warsztat to podstawa, a nie istota. Tym bardziej że prochu tutaj wymyślić nie sposób, a wachlarz pomysłów jest siłą rzeczy wąski i ograniczony. Brakuje jakichś chwytliwych melodii, nośnych refrenów, luzu i polotu. Jest pęd na złamanie karku. Imponujący, owszem, ale niestety jakże nużący.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *