Dźwięk pierwotny

Mój stosunek do Primordial jest, no ten, przerywany. Zachwyt “To the Nameless Dead”. Potem nic. Jeszcze większy zachwyt zajawiającym “Where Greater Men Have Fallen” (ka)wałkiem tytułowym, bo co tam pan Nemtheanga zrobił, to ja nie… Nadal… no… bierze. A teraz strzał tak pozbawionym ornamentyki, że niemal onirycznym “Stolen years”. W międzyczasie (ponoć to słowo jest be!) opadają, no wiecie, emocje, raz za razem, i człowiek czeka, albo i nie, na kolejne wzniecenia. W końcu, końcu marca, wychodzi płyta.

Być może jest tak, że Irlandczycy na dłuższych dystansach – lub na dłuższą metę – nieco nużą, przytłaczają, męczą bułę, choć niewątpliwie z tej mąki jest chleb. Mają jednego z lepszych gardłowych na metalowej scenie w składzie, nie da się ich z nikim pomylić, a i trudno nie rozpoznać, jak się już kojarzy nazwę, mają na siebie pomysł, mają formułę, która niekoniecznie się wyczerpała. Dlatego próbuję dociec, w czym rzecz, właściwie problem, że tym razem to nie porywa, nie rwie. No poza wspomnianym fragmentem (CO ZA RIFF!), bo te pięć minut, o których wcześniej, to jest ICH pięć minut. Może to, że ślady stylistyki blackmetalowej zostały chyba w przyrastającym, przedrostkowym “pagan”, stanowi (ów) problem, bo takich ucieczek w z-pewnością-euforyczny-niemal-post-rock jak ta w “Stolen years” szukać po próżnicy. Jest motoryka, jest charakterystyczny duszny duch, jest to wszystko, za co można Primordial polubić, ale pozostaje wrażenie, że gdyby zacząć swoją znajomość z tym zespołem od “Exile Amongst the Ruin”, to rzecz byłaby trudniejsza. Nie słyszę tutaj tej, o bogowie, epickości, jakże brudnej i brutalnej, całej tej otoczki, która normalnie nie zajmuje mnie w najmniejszym stopniu, bo dawne – i nie tylko dawne – bohatery, bitwy, szczęk oręża albo co gorsza, duma z jakiejś przynależności (czy[ż] to w ogóle logiczne?) raczej każe zmierzać człowiekowi w stronę terytoriów niewymagających zdobycia czy obrony. Tutaj, paradoksalnie, jeśli panowie poczuli, że zdobyli, co było do zdobycia, toteż mogą zostać na swoich pozycjach, pewnie bezpiecznych, to wychodzą na tym – bo raczej nie wyjdą, któż im bowiem zagrozi? – średnio. Gdzie zagrzewające do – dawno przegranej – bitwy? Gdzie akustyczne pasaże utrwalające rozpad? Gdzie pieśniarz opiewający ruiny? Coś tam można dosłyszeć w tytułowej kompozycji, jeszcze w “Nail their tongues” (moje serduszko rośnie i raduje się, bo w skrzeki i blasty to nikt jak oni), ale ogólnie to płyta zespołu Primordial nagrana przez zespół Primordial. To niby i tak dużo, poprzeczka zawieszona dla innych innych za wysoko, ale pod tą, którą zawiesili sobie “To the Nameless Dead”, po dwóch strąceniach (raz dość wyraźnym, raz pechowym, po lekkim zawadzeniu łydką i piętą), w trzeciej pozostaje wprawdzie nietknięta, ale dlatego, że “przefrunięto” pod nią. Może to mnie nie bawi już ten sport?

Ponieważ akapit zasadniczy skupił (dobre sobie, używanie tego słowa przeze mnie to dopiero hipokryzja, o którą lubo jestem w złości posądzany) refleksje ogólne i jakoś je podsumował, to część zamykająca stała się zbędna. Ale by przynajmniej wizualnie kompozycja była symetryczna i klasyczna, dodam jeszcze, że warto, mimo wszystko, bo zespołów, które potrafiłyby żenić folk z metalem w taki sposób, by nie doszło do okrutnego mezaliansu, na scenie właściwie nie ma. Ale może skończyć wypada tym, iż lepiej zacząć od innej płyty. Bo jest niezła, co w odniesieniu do Primordial stanowi najgorszą – ale dobroduszną i ciepłą – zniewagę.

PRIMORDIAL, Exile Amongst the Ruins, Metal Blade



(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *