Pork Pores Porkinson – Postapocalypto (2019)

Narzekam na krajowy rap w tym roku. Słucham go zbyt dużo, piszę o nim zbyt często, może to już mechaniczne malkontenctwo… Uch, zrymowałem. Może jestem znużony byciem znużonym, może wykształciłem sobie pewien – bezsensowne określenie – paradygmat recepcji, bo czasem myślę, że wcale nie muszę sięgać po kolejne płyty. I tak wiem, co usłyszę, i co tym myślę. A tutaj pojawia się taki Pork Pores Porkinson. I nagrywa “Postapocalypto”. Najlepszy oficjalny album PRO8L3M-u, którego nie nagrał PRO8L3M.

Bohater jest inny. Bardziej przypomina tego z pamiętnika “Drugie oblicze wojny” Kazimierza Korzeniewskiego (zachowując wszelki szacunek i skalę przy tym porównaniu), który ostatnio przeczytałem. Kazio pozostał w nim Kaziem, w nieludzkiej obozowej rzeczywistości nie przestał być człowiekiem (i człowiekiem z niej wyszedł), dlatego jest to pozycja wstrząsająca (autor nie epatuje okrucieństwem, po prostu kronikarsko i uczciwie je opisuje), ale i przynosząca pokrzepienie. Członek Trzeciego Wymiaru szkicuje postać, która zaadaptowała się do zastanej rzeczywistości. Być może nie zna innego świata od tego trawionego zbrojnym konfliktem, innej wolności oprócz tej (p)okalanej drutem kolczastym wojskowego reżimu. Płyta mogłaby nosić tytuł “2084” (albo patrząc inaczej, ‘2091″ – choć “akcja” dzieje się wcześniej, w 2077). Z zastrzeżeniem, że choćby dlatego, iż to “tylko” rap, obrazowanie i ekspresja są zdecydowanie bardziej dosłowne, uproszczone.

Ktoś może powiedzieć, że to potok słów. No dobrze, ale nie jest to potok zanieczyszczony, nie spływa z nim niepotrzebny brud, nie zbiera po drodze śmieci i choć może trudno porównać go z górskim strumieniem, to jednak płynie wartko, bez zrywów, bardzo harmonijnie, a jeśli spojrzeć w toń, można dostrzec w niej własne odbicie. Coś się nim mieści. Ale chodzi mi przede wszystkim o to, z jaką wrażliwością na brzmienie pojedynczych wyrazów nawija świebodzicki* raper. Nie wiem, czy ktoś z krajowej sceny równie dobrze czuje język. Gdyby Krzysztof Borkusz urodził się wiek wcześniej, mógłby zostać bardzo sprawnym poetą. Być może pamięć o nim przetrwałaby wówczas tylko dzięki najwytrwalszym badaczom dziejów literatury polskiej, a czytałoby się go głównie na polonistyce, i to raczej jako pogłębienie kontekstu. Sama płyta jest takim trochę poematem, nie wiem, dygresyjno-opisowym (proszę nie traktować tego ściśle – po prostu na pewno nie są to utwory-filmy), bardzo dynamicznym, formalnie prowadzonym sprawnie i bez zarzutu.

I udaje się tę dźwiękową opowieść zamknąć – wraz z instrumentalnymi interludiami – w czterdziestu minutach. Czemu nie jest to jeśli nie standardem, to chociaż czymś w rodzaju dobrego zwyczaju w polskim rapie? Czy trzeba wypychać kompakt po brzegi utworami, a kolejne zestawy wypuszczać regularnie każdego roku? “Postapocalypto” bardziej niż płytą koncepcyjną jest płytą skomponowaną, skomponowaną z pomyślunkiem i skromnością. A przy tym płytą mądrą, a przynajmniej nie-głupią, pokazującą, że można wykorzystać to, co czym inni tylko się zasłaniają, czyli konwencję (literacką? popkulturową?) do stworzenia autorskiej, nieegotycznej opowieści, która może nie zachwyci głębią, ale i nie odrzuci stereotypowym, pełnym uprzedzeń myśleniem. Tutaj nawet wątek miłosny, będący wątkiem… ekonomicznym, jest wątkiem miłosnym. Dzięki ekonomii. Wysłowienia.

Gdyby dać to do zarymowania Oskar(k)owi, byłby szał. A tak to… Cóż. Obok “Hologramów” Listu Otwartego, który to album tematyką i wrażliwością lokuje się dość blisko “Postapocalypto”, najlepszy tegoroczna polska muzyka mająca cokolwiek wspólnego z rapem.

* Bo: tamże urodzony.

PORK PORES PORKINSON, Postapocalypto, Dystrykt

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *