Popek & MaroMaro – Czarna wołga (2019)

Są artyści, na których kolejne płyty czekam. Może czekam na nie jak na ścięcie, ale ostatecznie i tak tracę. Jeśli nie głowę, to siły, wiarę i nerwy. Ale jak śpiewał Robert Brylewski,”nie mamy nic / do stracenia”. Czemu więc nie mielibyśmy dać się porwać “Czarnej wołdze”?

Najpierw czytamy jednak notkę towarzyszącą płycie, by dowiedzieć się, że pod pseudonimem MaroMaro ukrywa się gitarzysta Czerwonych Gitar. Żart nie najgorszy. Warto tę informację prasową (?!) uzupełnić dopiskiem, że Popek jest Popkiem, czego nie ukrywa – co tu kryć. Dowiadujemy się stamtąd także, że materiał jest pop-rockowy (pisownia określenia jakże oryginalna). Taka wiedza powinna nam wystarczyć.

A jednak mi nie wystarczyła.

Mógłbym naszkicować tę recenzję tak, by na bazie owego szkicu rysował się obraz płyty frapującej i nietypowej, Popka zaś przedstawić jako artystę poszukującego, który pełen jest twórczej pasji i pomysłów. Nie musiałbym wówczas słowem zająkiwać się o tym, że właściwie to po prostu ktoś, kto próbował kiedyś rapować (skutki są znane), teraz próbuje podśpiewywać (nie dodam, z jakim skutkiem – są to raczej próby bezskuteczne) najprostsze frazy, z dykcją równie dobrą (nie no, trochę lepszą) jak Książę Kapota. Mógłbym za to rzucić, nieco prowokacyjnie, że jest współczesnym Kazikiem, zresztą lirycznie w lepszej formie od pana Staszewskiego, ale niekoniecznie byłby to wielki komplement. Niemniej “Bolek i Lucyna” mógłby się znaleźć na “Las Maquinas de la Muerte”, a taka “Brudna wojna”, gdy idzie o sam wydźwięk, nie brzmiałaby z jego ust sztucznie czy nieprawdziwie. Popek najbardziej przekonująco wypada wtedy, gdy jest sobą i podejmuje tematy bliskie swojej wrażliwości (nie ma ich zbyt wiele), ale częściej wciela się w pewne role (coach, socjologa, psychologa, różnych postaci), a diagnozy, jakie stawia, są tak płytkie, że nie nazwę ich nietrafnymi.

Dałoby się też poopowiadać o eklektyzmie, o przelocie przez szerokie spektrum muzyki gitarowej, ale jest to lot na takim poziomie, że trzeba jedynie kilku taktów, by doszło do katastrofy i rozbicia maszyny. Użycie sformułowania “chwytliwe refreny” (nic, że bywają żenujące, jak ten w “Ostrej jak brzytwa” czy absurdalne i głupiutkie jak ten w “Lekarzu”) również byłoby do obronienia, a zastrzec, że od razu ulatują, można przypadkiem zapomnieć. Zamiast o sztampie można rzec o prostocie, w prostocie tkwi wszak piękno, a kwestię inwencji czy oryginalności ładnie przemilczeć, bo przeciez gdyby wszyscy tworzyli coś wyjątkowego, to tak naprawdę… nikt by nie tworzył.

Można za to opowiadać, jak szczere i prawdziwe portrety odmalowuje Popek, ile dodatkowych barw i jakiej głębi dodaje im gitara MaroMaro, ale to jak chwalić poczynania kogoś, kogo nie chce się w żaden sposób dołować, by nie zabijać w nim pasji, nawet jeśli jego próby nie są udane i być może nigdy nie będą. Nie wspomnę więc o tym, w czym tekst mógłby się właściwie zamknąć, Popek coś mówi, podśpiewuje, ale przypomina mi kolegę, który został kiedyś wzięty do odpowiedzi na jakiejś lekcji, opowiadał bodaj o kubizmie, i w kółko powtarzał to samo, lejąc wodę, jak się da, aż w końcu sam nauczyciel się połapał (i tak dosyć późno, bo kolega był niezły w gadce); tutaj mamy coś podobnego, tylko że wrażenie klepanie wciąż tych samych praw(d) pojawia się po minucie kolejnego kawałka. Dodatkowo w wersach czuć, że “dopchano” w nich słów, które niczemu nie służą. Co do MaroMaro, to nie wiem, jak skutecznie się ukrywa, sam pomysł sens. Nawet nie ze względu na to, z kim zdecydował się współpracować, nie jest to chyba artystyczne ani wizerunkowe samobójstwo. Raczej chodzi o to, ile od siebie dołożył, ile dał. W drugiej połowie płyty bardziej nużą i męczą podkłady niż teksty i sposób ich podania.

Niemniej jednak, jest to lepsze (sic!) niż cokolwiek z dorobku Gangu Albanii. Ale nikomu nie radziłbym sprawdzać, czy się mylę.


POPEK & MAROMARO, Czarna wołga, Step

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *