Po całości (#7): Ulver

14. The Assassination of Julius Caesar (2017)

Kiedy Garm łaskawie milknie, a muzyka mknie niczym PCJ 600 przez Vice City, to nadaje się do tego, by umieścić ją w ścieżce dźwiękowej ewentualnego remastera tej – skądinąd wspaniałej – gry.  Wówczas brzmi pastiszowo, kiczowato i uroczo (jak w dwóch ostatnich minutach najlepszego na płycie, utrzymanego w dużej części w duchu “Wars of the Roses” utworu “So falls the world”). Całość na pewno ma rozmaite zastosowanie, ale gdy idzie o słuchanie muzyki, to już naprawdę wolę Depeche Mode, którego nie lubię.

Posłuchać można tutaj.

13. Svidd neger (2003)

Najsłabsza z filmowych płyt Norwegów. A przy tym jedyna nakręcona do produkcji, którą miałem przyjem… obejrzałem. Jedyne, co zostaje w pamięci, i co można zostawić w playliście, to najbardziej podniosłe, “orkiestrowe” i “hiciarskie” fragmenty (obie części “Rock massif”, “Waltz of King Karl”). Reszta, w oderwaniu od kontekstu, jest tłem.

Posłuchać można tutaj.

12. Riverhead (2016)

Podoba mi się w tej ścieżce dźwiękowej to, że Wilki zasadniczo drepczą ścieżką, którą podążają na “właściwych” albumach: skrytą w mroku, prowadzącą może do miejsc znanych i odkrytych, ale w tej aurze wydają się one nie do końca znajome, zachowują część magii i tajemnicy. Ot, po prostu dobry (dark) ambient.

Posłuchać można tutaj.

11. Kveldssanger (1996)

Przez lata słyszałem tę płytę setki razy, ale bardzo długo było tak, że włączał ją ktoś inny. Jako towarzyszka wieczornych/nocnych  leśnych przechadzek sprawdzała się dobrze, choć łatwo wskazać albumy, które sprawdzały się (jeszcze) lepiej (“Forlatt” i “Skoglandskap” Vàli). Odkąd sięgam po nią sam, niekoniecznie we wzmiankowanych okolicznościach (przyrody), to wydaje mi się, że tylko traci. I że mogłaby tylko zyskać, gdyby nie to bajdurzenie.

10. Childhood’s End (2012)

Album, poza przyjemnym aspektem muzycznym, ma godny podkreślenia i pochwały walor edukacyjny. Wprawdzie jeszcze lepiej zrobić sobie składankę z tych utworów w wykonaniach oryginalnych (w zestawie m.in. Jefferson Airplane, The Pretty Things czy The Beau Brummels), ale i tak psychodelia z końcówki lat 60. najlepsza, najpiękniejsza – nawet w odświeżonym wydaniu.

Posłuchać można tutaj.

9. Themes From William Blake’s The Marriage of Heaven and Hell (1998)

Gotycki Ulver. Albo awangardowo-industrialny. Album ważny choćby dlatego, że po raz pierwszy prawdziwie ujawnia się “megalomania” zespołu – “zamanifestowana” najmocniej na “Blood Inside”. Jako specyficzny produkt końcówki milenium broni się choćby swoją specyfiką. Nawet jeśli to obecnie ciekawostka – pominąwszy ponadczasowego Blake’a – to wciąż ciekawa.

Posłuchać można tutaj.

8. Nattens madrigal: Aatte hymne til ulven i manden (1997)

Sprawdź, czy naprawdę lubisz prawdziwy norweski black metal:
1) włącz sobie Panzerfaust Darkthrone;
2) włącz sobie Forest Poetry Ildjarn;
3) włącz sobie Nattens Madrigal Ulver.

7. Bergtatt: Et eeventyr i 5 capitler (1995)

Największą wadą debiutu Norwegów jest to, że dał początek takim odłamom Czarnej Sztuki (xD), jakie nie mają z nią wiele – a właściwie nic – wspólnego. Ale trudno ich za to winić. “Bergtatt” to materiał romantyczny, baśniowy, a pierwsze dwa utwory to absolutny kanon black metalu, folk metalu i dark folku jednocześnie (i te harmonie wokalne w “Capitel II” – jak w The Beach Boys).

6. Wars of the Roses (2011)

Opowiem historyjkę. Dawno, dawno temu w Sylwestra – wskutek pewnych intelektualnych niedostatków – poniosłem istotny uszczerbek na zdrowiu. Na szczęście czasowy, pozostała pamiątka w postaci widocznej blizny. Nie-aż-tak-dawno, rozmawiając z niegdysiejszą współtwórczynią tego miejsca, nazwałem “Stone angels”, czyli finał “Wars of the Roses”, petardą, na co odpowiedziała, że gdyby petardy tak wybuchały, to nic by mi się nie stało w dłoń. No cóż. Bodaj najbardziej znienawidzona płyta Krzysia i spółki jest jedną z ich najlepszych, mimo że w dużej części (czasowo w 2/3) kompiluje wątki z albumów, które umieściłem na miejscach 3-5, czyli bezpośrednio przed nią…

Posłuchać można tutaj.

5. Blood Inside (2005)

Chyba tylko dwa razy w życiu zdarzyło mi się, że ktoś, komu poleciłem jakiś album, zaraz polecił go swoim znajomym, wrzucając go na Facebooka. W pierwszym z nich, dotyczącym “Blood Inside”, komentarz, jakim wrzutkę opatrzyła autorka, był krótki: “masterpiece”. W pamięci mam niezapomniany wpis (post?) redaktora Weltrowskiego (mam cichą nadzieję, że nie mylę autora), który w całości składał się z długiej wyliczanki artystów i zespołów, których wpływy są tutaj słyszalne. Sam nie wiem, co napisać. Być może tak brzmiałby któryś z albumów King Crimson, gdyby zaczynali karierę na początku XXI wieku (ok, to zdanie jest bez sensu, wiem).

Posłuchać można tutaj.

4. Shadows of the Sun (2007)

Antyteza “Blood Inside”. Nie wiem, czy dałoby się ciszej, spokojniej, wolniej, oszczędniej, nie narażając się przy tym na śmieszność. Album równie piękny co zdobiącego go zdjęcia (jeśli nic się nie zmieniło – nieznanego autora). W pewnym sensie najprościej zestawić “Shadows of the Sun” – różnica poziomów nie będzie duża – z  wydanym siedem lat później “Ruins” Grouper.

Posłuchać można tutaj.

3. Perdition City (2000)

Ścieżka dźwiękowa nocnych podróży pociągiem, wyczekiwania na pociąg na dworcu przed świtem. Sprawdzone. Niezapomniane. Dark jazz, trip-hop i elektronika w boskiej proporcji.

A “Nowhere/catastrophe” to najlepsza ich piosenka (choć nie nagrali wielu piosenek).

Posłuchać można tutaj.

2. Lyckantropen Themes (2002)

Gdyby nie to, że utwory 8-10 wydają się bonus trackami, nie pasują, są utrzymane w innym tonie niż monolit w postaci kompozycji od pierwszej do siódmej, to byłby to album bliski ideału. A właściwie jeszcze bliższy, bo i tak potrafię postawić “Lyckantropen Themes” obok największych ambientowych dzieł Williama Basinskiego. I to smutne, że jedno z największych dzieł tego zespołu jest “tylko” ścieżką dźwiękową filmu (“Lyckantropen” Steve’a Ericssona), przez co pozostaje nawet nie w cieniu “normalnych” płyt, ale wręcz w ukryciu. W ciemności, która wyziera i z niego.

Posłuchać można tutaj.

1. Messe I.X–VI.X (2013)

Pewne rzeczy docenia się po czasie, a pewne osoby – gdy się je straci. “Messe I.X–VI.X” niezawodni mi o tym przypomni, jeśli będę potrzebował (katować się). Pamiętam, swoje początkowe rozczarowanie tym albumem, pamiętam rozmowy, z których wynikało, że nie tylko mnie rozczarował, ale pamiętam też, że kilka miesięcy po tym, jak pojawił się na Bandcampie, miała miejsce premiera fizycznego wydania, i że choć przez ten czas do niego nie wracałem, to pobiegłem do sklepu. Pamiętam mnóstwo innych rzeczy, mam doskonałą pamięć, jeśli nie sięga ostatnich kilku minut, tylko kilku miesięcy czy lat. Może porównania z Góreckim nie mają sensu, może to rzecz z gatunku modern classical dla ludzi, którzy nie są w stanie słuchać “prawdziwych” kompozytorów, może to tylko zamówione i odegrane, ale jeśli miałbym dziś dać któremukolwiek albumowi Norwegów 10/10 – wliczając niewymienione w tym wpisie epki czy koncertówki – to właśnie “Messe I.X–VI.X”. Wyłącznie.

Posłuchać można tutaj.


Tutaj skromna playlista, obejmująca albumy dostępne w Spotify.

***

PS. Z epek trzeba znać “A Quick Fix of Melancholy EP” i “Silencing the Singing EP”.

Dodaj komentarz