Po całości (#6): Pezet

6. Radio Pezet (2012)

“Składam myśli w całość logiczną, jakoś kiepsko dziś mi wychodzi” – nawija Pezet w “Brutto czy netto”. W puencie “Byłem” – najlepszego kawałka na albumie – że nigdy nie był słabym raperem. I ma rację: nigdy nie był. Ale wybierał producentów, do których musiał równać, równać w górę (Noon, Zjawin). Dość powiedzieć, że pod muzyką na “Radiu…” podpisał się Sidney Polak. A Kapliński się nie popisał. Flirty z brostepem i grime’em to raczej końskie zaloty, a łypanie okiem na radiowe playlisty to… Cóż, można takie nagrania wybaczyć, ale choć całość jest do zapomnienia, to jednak nie powinno się Pezetowi zapomnieć, że to nagrał.

5. Muzyka współczesna (2019)

Próba ponownego spieniężenia nagrań dokonanych na zamówienie z drobnym dodatkiem chłodno wyliczonych i dość niskich – jako chwyt – ukłonów w stronę to starych fanów, to znów osób, których nie było jeszcze w planach ich rodziców, gdy Pezet był już jednym z najlepszych polskich raperów. Swój status zapewne utrzymuje, choć dostaliśmy tylko leniwą kompilację, wydaną w pośpiechu, mimo że zapowiadaną od kilku lat. Lepszą niż “Radio Pezet” (ale to jak nie potknąć się o poprzeczkę leżącą na ziemi, słabszą niż każda “Muzyka…”. Momentami nużącą, momentami absurdalną (kawałek Synów ze zwrotką gospodarza), z ładną klamrą. Zapamiętam różowe włosy, choć nie jako zabieg literacki.

4. Muzyka rozrywkowa (2007)

Polska nowa szkoła, jeśli już musi być nową szkołą, powinna słuchać tej płyty tak długo, aż zrozumie, jak się to robi. Albo zrozumie, że lepiej tego nie robić. Bo ktoś inny już dawno zrobił to lepiej niż oni. Skąd zatem tak niska pozycja? Brakuje na feacie Laika (to tak do rymu). I sam koncept nie jest szczególnie ciekawy. Poza tym wersy to często punche (fakt, bywają świetne) i przewózka, więc choć trudno odebrać tę “Muzykę…” jako album rozrywkowy, to szybko może znudzić, a linijki uderzają najmocniej za pierwszym razem. Co nie zmienia faktu, że kreacja Pezeta jest brawurowa i niezapomniana. Warto znać.

3. Muzyka klasyczna (2002)

Ładnie brzmiący słowotok na świetnych bitach. Klasyczny rap. “Ukryty w mieście krzyk” jest czymś, czym nie będzie pewnie taka “Patointeligencja” (i nie chodzi tylko o bycie jednym z najlepszych rapowych utworów nagranych w Polsce), a reszta… To płyta daleka od ideału, jeśli chodzi o mityczny przekaz (a raczej o jego formę), wersów o dość dyskusyjnej wartości literackiej trochę się znajdzie (z “jesteś mokra jak Bonaqua” na czele), ale Pezet – jak kiedyś nazwała go moja znajoma – chłopaczek w okularach, to everyman. Everymanów nigdy dość. Może to jedyna jego płyta z “muzyką” w tytule, w której określenie rzeczywiście odnosi się do muzyki.

2. Muzyka poważna (2004)

Rozkminkowa, melancholijna, z jednej strony sentymentalna, a z drugiej pełna niepokoju i zagubienia wersja “Muzyki klasycznej”. Problem polega na tym, że choć brzmi wciąż tak samo dobrze jak kiedyś, to z każdym rokiem podoba mi się mniej, słabiej odnajduję się w tych wersach, coraz mniej rzeczy wydaje mi się naprawdę… nie wiem… mądrych? Odczuwam to wszystko słabiej, coraz mniej boleśnie. To prawdziwy klasyk, kawał świetnego rapu, absolutnie poza zasięgiem 99% obecnej sceny, ale co pewnie było do przewidzenia, serce zagłusza rozum i każe nieco wyżej, na najwyższym stopniu podium, postawić inną, powszechnie znienawidzoną płytę, którą jak nietrudno się domyślić jest…

1. Muzyka emocjonalna (2009)

“Muzyka emocjonalna” wymaga obszernego, wnikliwego tekstu, który w głowie piszę od dawna. Ten tekst wyjaśniłby, w czym tkwi wartość konceptu i jak doskonała – kiedy wziąć pod uwagę niesprzyjające warunki – jest jego realizacja. Jasne, że remiksów mogłoby nie być (bo to tylko powtórki – w sporej części), a Pezet w “Spadam” idzie w świadomej egzaltacji mimo wszystko o krok za daleko, ale… Nie wiem, czy jest druga tak niedoceniona płyta w polskim rapie. To naturalistyczna, instynktowna, intymna poezja – nikt na rodzimej scenie nie był jej bliżej. Historia – wbrew temu, co ktoś kiedyś pisał* – nie kończy się dobrze. Kończy się.

* Nie mogę namierzyć tekstu…