Po całości (#5): Townes Van Zandt

For the Sake of the Song (1968) (Poppy)

Jednym zdaniem: debiut Townesa Van Zandta to niemalże kolekcja największych przebojów w wersjach niekanonicznych. To, co nie może się nie podobać, niedługo będzie zachwycać. Na razie nacisk położony został na to, by pokazać, że to po prostu świetne piosenki. Piękne i ujmująco chwytliwe.

Trzeba znać: jeśli chodzi o (nie)kanoniczność, to “Sad cinderella”. Aranż nie mógłby być lepszy. I faktycznie nie był.

Our Mother the Mountain (1969) (Poppy)

Nie umiałbym zdecydować, gdybym miał wybierać, czy wolę drugi czy trzeci album Amerykanina. No dobrze, może gdybym już musiał się za którymś opowiedzieć, to z konieczności wskazałbym ten imienny, ale “Our Mother the Mountain”, taka płyta-pomost, to rzecz kapitalna. Smutne piosenki o niebezpiecznych miejscach i pięknych kobietach (albo jakoś tak). O drodze i odchodzeniu. Trudno uwierzyć, gdy tak o tym myślę, że śpiewane przez kogoś, kto przeżył tylko pół wieku.

Trzeba znać: Nie opowiem tego dobrze. Ale spróbuję. Mam kolegę, który jak mu puszczałem utwory Van Zandta, to reagował formułką “weź mi nie włączaj jakiegoś Holendra”. No ale kilka, tak czy owak, poznał. Kiedy widziałem się z nim ponownie, zaczął mówić o “Kathleen”. No i wspomina, że wraca do domu i chce zobaczyć, czy w tym tekście rzeczywiście jest to, co słyszał, ale odnalazł sobie i zobaczył, ze tam… nie ma tekstu. Jest obraz. I to prawda.

Townes Van Zandt (1969) (Poppy)

Gdy komponowałem na potrzeby strony facebookowej i łańcuszka, który się przez ten portal przetoczył, listę dziesięciu najważniejszych albumów, to powyższa pozycja znalazła się na niej nie tylko ze względu na pewien specyficzny klucz, jaki przyjąłem przy wyborze. Od tej płyty się zaczęło, a potem poszło lawinowo i gładko. Byłem kupiony już od pierwszych dźwięków “For the sake of the song”. I wrażenie było kolosalne. “Waiting around to die” to właściwie definicja tego, czym jest dla mnie country. Na hasło “utwór, którego żadną siłą nie wyrzucisz z głowy” jedną z pierwszych myśli jest “Fare thee well, Miss Carousel”. Toż nawet Eldo pokusił się o swoisty follow-up do “Lungs”.

Trzeba znać: “None but the rain”. Kontynuując wyliczankę rozpoczętą w zasadniczej części notki, jest to absolutny top piosenek o miłości w ogóle. Bardzo się cieszę, że nikt nigdy nie przełożył tych wersów na polski i nie zaśpiewał.

Delta Momma Blues (1970) (Poppy)

Specyficzna płyta. Bardziej surowa, z oszczędniej wykorzystanymi wpływami folku, i stanowiąca pewnie nieco słabszy zestaw piosenek niż w przypadku dwóch wcześniejszych albumów, ale są tu takie rzeczy, które potrafię zapętlić do znudzenia (to zresztą nie następuje). Koniec końców wychodzi klasyk, tak czy owak.

Trzeba znać: “Come tomorrow”. Nikt nie pisał takich linijek, słowo daję. Tak sprawnych, bezpretensjonalnych, prostych, a przy tym boleśnie precyzyjnych, znamionujących niemały talent poetycki.

High, Low and In Between (1972) (Poppy)

Jeśli ze zdumienia można przecierać (przetykać?) uszy, to dzieje się to za każdym razem, gdy słyszę “Two hands”. Choć z drugiej strony, nawet ten afirmatywny hymn jest w gruncie rzeczy nie wyznaniem, a pragnieniem wiary, choć mógłby się przyjąć w chrześcijańskim obrządku, bo to country gospel. Jednak Townes znów lśni w momentach, gdy światło gaśnie. Niestety najwięcej jest na płycie takich “in between”. Zakładam jednak, że to całkiem niezła rzecz, jeśli chce się zacząć przygodę z jego muzyką, a nie chce przy tym zostać przeczołgany.

Trzeba znać: “Highway kind”.

The Late Great Townes Van Zandt (1972) (Poppy)

Jeśli Townes Van Zandt miał jakieś przeboje, to pochodziły z tej płyty (“If I needed you”, “Pancho & Lefty”). Oba spopularyzowała kilka lat później (“If I needed you” w 1981, a “Pancho & Lefty” w 1977 roku) Emmylou Harris (pierwszy wspólnie z Donem Williamsem). Zresztą gdyby nie jedna z przeróbek “If I needed you”, to może jeszcze długo nie sięgnąłbym po twórczość Van Zandta. A więc dziękuję, panie Von Till. A na płycie jest jeszcze dziewięc innych piosenek, i to całkiem dobrych!

Trzeba znać: “If I needed you”. I być mądrzejszą istotą ode mnie, bo pomyślałem sobie w pierwszej chwili, że gość nie bardzo umie śpiewać. Do tej pory uważam, iż był bardziej utalentowany kompozytorsko i poetycko (w tej kolejności), ale ogólna skala talentu wydaje się wręcz niewyobrażalna.

Flyin’ Shoes (1978) (Tomato)

Nigdy specjalnie nie przekonałem się do “Flyin’ Shoes”. Jest to album bardo równy, bez wpadek, ale pozbawiony dotychczasowej magii. Nawet do jakiejś szerszy playlisty z ulubionymi utworami – czyli takiej liczącej koło pół setki pozycji – zmieściłbym najwyżej dwa kawałki (a pewnie nawet nie). Ale to bardziej album niepozorny niźli w jakimkolwiek sensie nieudany.

Trzeba znać: “Brother flower”. Może tytułowa apostrofa jest nieco banalna, ale sama opowieść chwyta za serce żelaznym uściskiem, kiedy trzeba. Szczególnie gdy miało się równie niewiele szczęścia co jej bohater.

At My Window (1987) (Sugar Hill)

Gdyby tę płytę zamienić datą wydania z ostatnią, i dodać pochodzący stamtąd utwór “A song for”, to wyszedłby optymalny zestaw pożegnalny. Głos Townesa Van Zandta jest już przejmująco zniszczony (choć nie tak, jak pokażą to późniejsze koncertówki, których poznawanie bywa z tego powodu wręcz wstrząsającym doświadczeniem), on sam zaś sięga do swojej najgłębszej przeszłości (“For the sake of the song”), a przy tym jest w najlepszej formie od… tamtego czasu. Niestety odnosi się tylko do poczynań twórczych. A może po prostu w takim, powiedzmy, intymnym wariancie wypada według mnie najbardziej przekonująco.

Trzeba znać: Może“Still lookin’ for you”… Bo to, no ten, o mnie. Znaczy ja też tak. Wciąż.

The Nashville Sessions (1993) (Rhino)

Wprawdzie faktycznie nie brzmi to jak pełnoprawny album, ale traktuję ten zamknięty przez dwie dekady w szufladzie (i ostatecznie odkupiony) zapis sesji tak, jakby nim jednak był. Po śmierci artysty ukaże się wiele podobnych wydawnictw (kolejne debiutuje na rynku w chwili, gdy publikuję te słowa), ale jeśli już po jakieś sięgać – tak po prostu, nie by usłyszeć wszystko – to właśnie po ten. Skoro na to, by ukazał się w swoim czasie, w założonej formie, nie pozwoliły kwestie prozaiczno-formalne.

Trzeba znać: “Black crow blues”. Nie odważyłbym się zaśpiewać – czy choćby napisać, bo przecież nie o to chodzi, że śpiewać nie umiem – podobnych słów.

No Deeper Blue (1994) (Tomato)

Za dużo.. bluesa. Otwieracz rzuca człowiekiem o ścianę, to prawda, i można go wymieniać jednym tchem z “You want it darker” Leonarda Cohena czy “Lazarusem” Davida Bowie, ale całość brzmi zbyt… współcześnie, a dziś – anachronicznie. Gdyby nie to, być może cieszyłaby się podobnym statusem co pożegnalne płyty obu wspomnianych panów, a także choćby Johnny’ego Casha czy Vica Chesnutta.

Trzeba znać: “A song for”.

(skala ocen: 0.5-5.0)

***

Nie napisałem o płytach koncertowych. Trochę dlatego, że z zasady tego nie robię, ale zadanie utrudniałby fakt, że jest ich naprawdę sporo. Warto rozejrzeć się i rozeznać samemu. Dla mnie, ze względu na rozczarowanie ostatnim albumem studyjnym, najciekawsze są nagrania z ostatnich dwóch-trzech lat życia artysty (zmarł 1 stycznia 1997 roku). Ze swojej strony polecałbym więc ten zapis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *