Po całości (#4): Slayer

Show no Mercy (1983) (Metal Blade)

Komiksowa wizja piekła, wyobrażona przez nieutalentowanego plastycznie nastolatka, który inspirację czerpał z telewizyjnych kreskówek dla dzieci. Slayer nigdy nie był już tak młodzieńczo naiwny i romantyczny w swoim graniu, w swojej wizji thrashu, który gna szaleńczo przed siebie, ale nie gubi po drodze melodii. Gdyby nie dwa, może trzy numery (“The Final Command”, “Crionics”, ewentualnie Fight till death”), ocena byłaby nawet wyższa.

Sprawdź koniecznie: “Tormentor”. Cudowniejszego utworu Slayer nie nagrał.

Haunting the Chapel (1984) (Metal Blade)

Pomost między pierwszą a drugą płytą, zapewne niezbędny, by móc wyprawić się do prawdziwego (czy chociaż mnie przerysowanego) piekła. Przyjemna i niewątpliwie ważna epka.

Sprawdź koniecznie: “Captor of sin”.

Live Undead (1984) (Metal Blade)

Udawana koncertówka, mieszcząca pięć utworów z debiutu (bez tych, które wymieniłem w notce o “Show no Mercy”, brakuje jeszcze “Metalstorm / Face the Slayer”) i “Captor of sin” z epki “Chemical warfare”. Plus “Chemical warfare”. Surowe wersje samych wspaniałych kawałków, jakieś absurdalne okrzyki i wrzaski publiki. Jeśli ktoś pod jakąś groźbą straszliwą kazałby mi wskazać najlepszą pozycję w dyskografii grupy, to moją odpowiedzią byłoby właśnie “Live Undead”.

Sprawdź koniecznie: “Show no mercy”. W tej wersji wyrywa z kapci.

Hell Awaits (1985) (Metal Blade)

Najlepszy album deathmetalowy w historii gatunku. Nie żartuję. To tylko lekka prowokacja. Komu udało się oddać podobną atmosferę, która tutaj zostaje wykreowana już od pierwszych sekund (kultowy backmasking)? Może Deicide na “Legionie”, ale komu jeszcze? Rzecz pionierska, osobna i wybitna. Nawet jeśli nie w moim guście.

Sprawdź koniecznie: “Hell awaits”.

Reign in Blood (1986) (Def Jam)

Biblia thrash metalu – powiadają. Może jestem heretykiem, ale nie mam zamiaru bluźnić. Właściwie anegdota, jak to zespół był w szoku, że to, co nagrali, trwa 28 minut, a nie 40, pokazuje, co się tutaj zadziało. Właściwie to jeden długi utwór, jakaś opętańcza suita, z genialnym wstępem i jeszcze genialniejszym zakończeniem. I czymś w środku. Czymś naprawdę dobrym.

Sprawdź koniecznie: Są tylko dwie możliwości. A właściwie jedna. “Raining blood”.

South of Heaven (1988) (Def Jam)

Gdyby rzecz działa się trzydzieści lat później (tj. Slayer powstałby w 2011 roku, a teraz miałby na kącie cztery albumy), to byłby jak te punki, które wyrzucały przez okna “Nową Aleksandrię” Siekiery. Pierwsze minuty nie zapowiadają katastrofy, ale jak już rąbnie, to… No nie “z hukiem”. Zupełnie nie. Nie wiem, o co chodzi na tym albumie, o co chodzi z nim. Jest zupełnie bezbarwny, bezduszny i nijaki. Ale znów: to pomost między “Reign in Blood” a “Seasons in the Abyss”. Za to dodaję pół punktu do noty.

Sprawdź koniecznie: No… utwór tytułowy. Jest doskonały.

Seasons in the Abyss (1990) (Def American)


Gdyby nie to, że zestaw jest w całości premierowy, powiedziałbym, że to składanka “the best of” klasycznego Slayera. Jeśli chodzi o twórcze możliwości, to “Seasons in the Abyss” pokazuje pełnię potencjału tego kwartetu. Bez udowadniania komukolwiek, że są najszybsi, najbardziej brutalni czy kontrowersyjni. Raczej ze spokojem, pewni swego, demonstrują siłę. Nie prężąc przy tym muskułów i nie robiąc groźnych min.

Sprawdź koniecznie: “Spirit in blood”. To, jak ten utwór się rozpędza… Magia.

Divine Intervention (1994) (American)

Zaczyna się okres z Paulem Bostapherm jako bębniarzem. Nie wiem, czy dla wielu grzechem głównym płyt Slayera nagranych w latach 90. nie jest to, że zostały nagrane w latach 90., ale przyznaję, że to “Reing in Blood” nie jest już takie samo.

Sprawdź koniecznie: “Serenity in murder”.

Undisputed Attitude (1996) (American)

Wiadomo, że Hanneman był panczurem. Ktoś złośliwy powie, że również naziolem, ale nie bardzo, skoro lubiłem gościa. Fajnie, że taka płyta jak “Undisputed Attitude” powstała. Po prostu fajnie. I nic, że Jeff – przy okazji przez amerykańską scenę hc – musiał odkurzyć przy okazji kilka swoich nagrań. Slayer to idealni wykonawcy takiego hołdu. A i to, co dołożyli od siebie (“Gemini”), to perełka.

Sprawdź koniecznie: “I hate you”. Skoro to singiel, to nie będę się spierał.

Diabolus in Musica (1998) (American)

Dziwna sprawa z tą płytą. Gnoić można ją samą okładkę (ka-pi-tal-ną!) i logo (wcale nie gorsze), co zresztą czyniono, sama płyta też raczej oddaje ducha tamtych czasów i mód, ale… Nie wiem. Właściwie bardzo przyjemnie mi się jej słucha. Jest duszna, klaustrofobiczno-psychopatyczna, trudno ją porównać nawet z albumami sąsiadującymi z nią w dyskografii zespołu, a jednak – mimo że nie zasługuje na to, by twierdzić, że stanowi wyjątek od reguły/dogmatu, iż Slayer słabej płyty nie nagrał – coś mi tu nie gra. Mogę to tylko porównać do sytuacji sportowca – dajmy na to, skoczka do wody – który wykonuje swoją próbę technicznie bez zarzutu, ale trudność ewolucji jest niska, więc koniec końców przegrywa z konkurentami, którzy nie zaliczyli swoich prób równie sprawnie, ale zaryzykowali i podjęli się trudniejszych skoków.

Sprawdź koniecznie: “Stain of mind”. Hicior.

God Hates Us All (2001) (American)


Najlepsza płyta Slipknota. Może jedyna, która nie jest, no ten, knotem. Tatusiowie pokazują krnąbrnym dzieciakom miejsce w szeregu. Wściekła, brutalna, kipiąca jakże przemyślaną i dojrzałą agresją muzyka, o której warto pamiętać nie tylko z powodu niefortunnej – choć trudno o lepszy markenting – daty wydania.

Sprawdź koniecznie: “Payback”. Jak to jest, że Araya wypluwający “faki” z prędkością karabinu maszynowego nie razi śmiesznością?

Christ Illusion (2006) (American)

Próba przywołania – już z Dave’em Lombardo za zestawem perkusyjnym – ducha pierwszych płyt, nagranych w klasycznym składzie. Pierwsza płyta Slayera, jaką kupiłem. Do dziś nie wiem nawet, czy to oryginał (nie ma napisu na okładce ani nie była ona ocenzurowana kartonikiem), choć z drugiej strony, chyba nigdy już nie miałem w rękach równie świetnie zrobionej książeczki, więc… W każdym razie, z jednej strony to tylko takie radosne zjadanie własnego ogona (takie “Seasons in the Abyss II”), no ale wzorce były szlachetne, skład muzyków optymalny (czy może: kanoniczny), ale z drugiej… No nie umiem się gniewać na to, że nie ma tu absolutnie nic nowego (może poza wstępem “Jihadu”), i że nie ma tu utworu, który łapałby się do dziesiątki (czy nawet dwudziestki) najlepszych, jakie panowie nagrali. Niech będzie, że to sentyment.

Sprawdź koniecznie: “Supremist”. Dla gry maestro Lombardo.

World Painted Blood (2009) (American)

Płytę spina świetna klamra (“World painted blood”, “Not of this god”), a sam album mógłby zamknąć klamrę dyskografię zespołu, ale… Czuć, że cały ten pęd to właściwie jazda na oparach (kto pozwolił na to, by przeszły takie potworki jak “Americon” czy “Playing with dolls”?), i że daleko – ani dokądkolwiek – nie da się tak zajechać. Gdyby nie logo na okładce, nikt by po dziesięciu latach o “World Painted Blood” pewnie nie wspominał.

Sprawdź koniecznie: “Not of this god”.

Repentless (2015) (American)

Coverband tetryków gra nieistniejące utwory swoich idoli sprzed lat. Od brzmienia samej perkusji można się rozpłakać (i nie z powodu ponownej/powrotnej roszady), a nad całą resztą – załamać ręce. To nadal lepsze niż niemal cokolwiek Metalliki, no ale… Nie można chwalić za to, że ktoś nie przewraca się o poprzeczkę położoną na ziemi, skoro i tak jest tego bliski. Hanneman był sercem i mózgiem tego zespołu. Bez niego to tylko sztuczne podtrzymywanie funkcji życiowych.

Sprawdź koniecznie: Jeśli już musisz, to “Repentless”.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *