Po całości (#3): Kult

Kult (1986) (Polton)

Nie ma chyba płyty Kultu, która po latach (tak?) by zyskała w moich oczach. Teksty – nawet jeśli jak ktoś mówił, “zerżnięte z katechizmu” – wydają mi się poetyckie, a jednocześnie chyba lepsze literacko niż kiedykolwiek później, zaś równie klimatycznych nagrań jak “Zabierz mu wszystko” czy “Religia wielkiego Babilonu” próżno szukać w dorobku grupy. Jest mrok, jest trans, jest jakaś spójna myśl, a ograniczenia warsztatowe muzyków pozwalają skupić się na wykorzystaniu dostępnych środków. Wprawdzie strona B wydaje się sporo słabsza od strony A, ale ogólne wrażenie pozostaje co najmniej dobre.


Posłuchaj to do Ciebie
(1987) (Klub Płytowy Razem)

Same przeboje. Szczególnie w wydaniu kompaktowym. To – paradoksalnie – męczy i nuży. “Do Ani” wręcz nie znoszę od pewnego czasu*, ale to akurat nie wina utworu, choć nigdy za nim specjalnie nie przepadałem. Kazik umiał tylko o miłości do swojej anglistki. Wymowne. Tutaj jest bardziej – ohoho! – publicystą niż mistykiem (a raczej po prostu nie jest już Jehowcem; i jak tu, na marginesie marginesu, nie pomyśleć, że Wieteska był równie istotną postacią w tym zespole co później Pan Banan…), czego nie umiem uznać za zaletę. Tym bardziej że znakomita (hah) większość tych utworów jest zdecydowanie słabsza od zdecydowanej większości utworów z debiutu. Album stracił w moich oczach tyle, ile zyskał “Kult”, a najlepsze kompozycje to… dwie ostatnie. I nie, nie uznaję, że na płycie jest coś takiego jak “Wódka (remix)”.

* Pamiętam, że jedna z najbardziej udanych notek, jakie kiedykolwiek napisałem, traktowała właśnie o nim. Cóż, przepadła.

Spokojnie (1988) (Polton)

“Czarne słońca” to najlepszy autorski utwór Kultu. Nawet nie dziwi mnie to, że prawdopodobnie najlepsze wersy Kazika to w istocie barbarzyńsko przepisane wersy ojca (“a w mojej głowie…”). Barbarzyńsko, bo w oryginale były jeszcze tysiąckroć lepsze. Dobrze, że ten kawałek się uchował i został dorzucony do reedycji “Spokojnie”. Ktoś tam kiedyś mówił, że nie pasuje do reszty płyty, ale jeśli tak, to powody już wysłowiłem. Na szczęście płyta ma w sobie więcej z debiutu (teksty!) niż z “Posłuchaj…”, a Krzychu Banasik robi robotę, jakiej w tym zespole nie robił nikt. Oczywiście są wpadki (niepotrzebnie powtórzone “Do Ani”, “Arahja”), ale psychodelia przepuszczona przez filtr post-punkowy może nie tyle nabiera kolorów, ile wygląda ciekawie. Z klasycznych pozycji to właśnie ta w momencie premiery anachroniczna najlepiej zniosła próbę czasu.

Tan (1989) (Polton)

Jasne, że jako koncertówka “Tan” jest rozczarowujący, przebija go większość bootlegów z tamtego czasu, ale jest jeden powód, by nie zapominać o tej płycie: znalazł się na niej utwór “TDK Kaseta”.

Kaseta (1989) (Arston)

“Kaseta” została naznaczona piętnem emigracji Staszewskiego i obecnością dwóch nowych muzyków (Falkowski, Kwaśniewski), z których drugiego można kojarzyć jako tego, który wsławił się mądrością, iż nie będzie grał prób z zespołem, bo mu za to nie płacą. Generalnie konsekwencje tych faktów są dość smutne (“tryptyk” Londyn-Kwaska-Fali). Gdyby ktoś zapytał mnie o tę płytę, to wiedziałbym tylko, jak lecą “Dzieci wiedzą lepiej” (ledwo), “Jaką cenę może zapłacić” (równie ledwo) i “Wolność” (za wolno*). Czuję wręcz zażenowanie, słuchając tego niehardego rocka, bo serduszko to od tych dźwięków na pewno nie mięknie. Jedyny plus jest taki, że Kazik śpiewa sporo po angielsku. Mnie się ten pomysł – mimo całej swej absurdalności – podobał. A reszta… Ech.

* Do dziś pamiętam – wyborny zresztą – żart nawiązujący do moich utyskiwań, polegający na podesłaniu utworu otagowanego jako “Wolność (wersja singlowa)”, który okazał się przyśpieszoną w stosownym programie wersją płytową.

45-89 (1990) (Arston)

Jedna z najbardziej niedocenionych płyt Kultu. Jedna z dwóch. Taka trochę “Kaseta 2”, ale raczej “Kaseta 2.0”. Bezpretensjonalnie przebojowa, żywa i ożywcza, brzmiąca tak, jakby zespół naprawdę wydobrzał i poczuł ponownie radość grania, dzięki czemu słucha się tego z przyjemnością. I świetnie, że nie ma tutaj tych och-jakże-ważnych utworów (no, tytułowy zwiastuje solowe płyty Kazika), i że po “Totalnej militaryzacji” to już niemal jakiś zamach grupy na własną świętość. Zresztą udany, ale nie w takim sensie, w jakim przyjęło się uważać.

Your Eyes (1991) (Zic-Zac)

Dziwny album. Tak dziwny jak tytuły części utworów. Mam duży problem, by się jakoś jednoznacznie do niej ustosunkować. Jest jednocześnie charakterystyczna i trochę bez wyrazu. Brzmi jakoś tak… bezsensownie, jakby to była płyta Armii (?!), nie Kultu. Jest rozpędzona, a najlepiej wypada wtedy, gdy hamuje (“Marność”, “6 lat później” – drugi z wymienionych utworów do pewnego momentu, gdy nie przejmować się tekstem, to rzecz wręcz wspaniała). Z drugiej strony, jakby dla równowagi, mamy tę nieszczęsną “Paradę wspomnień” czy “Generała Ferreirę”, przy których od razu widzę przed oczami twarz muzycznego guru, redaktora Niedźwieckiego. Koszmar. Niech więc będzie ocena ze środka skali.

Tata Kazika (1993) (S.P.)

Nienawidzę “Celiny”. Każdy ją zna. Dosłownie każdy. Tekst to też dla mnie głównie pokaz tego, czym jest stylizacja. Właściwie do dziś jedynie zdaję sobie sprawę, że on opowiada pewnie jakąś historię. Ale później… Cóż, później to jest już tylko pokaz możliwości zespołu, który dowodzony przez Banana (hihi, zostało mi fanbojstwo) stara się dostosować do materiału literackiego, jaki przyszło mu zilustrować. I choć było to oczywiście niewykonalne (takie “W czarnej urnie” chociażby to zapewne najpiękniejszy tekst o miłości, jaki napisano w języku polskim, i pewnie najpiękniejsza historia tego rodzaju, jaką da się w piosence opowiedzieć), to Kult wrócił z tarczą. I z najlepszą płytą w karierze.

Muj Wydafca (1994) (S.P.)

Okładka, przedstawiająca Sławka Pietrzaka w położeniu cokolwiek niekorzystnym, nawet dziś wydaje się całkiem… odważna, choć z drugiej strony, po tym, jakim sukcesem sprzedażowym był “Tata Kazika”, pan wydawca raczej nie mógł mieć oporów przed podobną sesją. Tym bardziej że całkiem celny utwór tytułowy nie jest wymierzony w niego. Są na tej płycie rzeczy całkiem ładne (nawet ten swoisty list miłosny do Nosowskiej) i mocne, choć chyba nieco nieaktualne (“Keszitsen kepet onmagarol”). Niestety jako że album jest wypchany po brzegi, to końcówka nie powinna przejść selekcji (nowe wersja “Piosenki młodych wioślarzy”, “Setka wódki”). Humoru – szczególnie kiedy wziąć pod uwagę to, z jakimi płytami “Muj wydafca” sąsiaduje – też jest nadto, ale generalnie jest to płyta, której nawet po latach można posłuchać bez niezręcznego skrępowania.

Tata 2 (1996) (S.P.)

Wszystkie największe hity poszły na część pierwszą, więc zostałyby – chciałoby się rzec – najlepsze piosenki. I gdyby skrócić płytę o połowę (a właściwie urwać zaraz po “Zastanówcie się sami”, ewentualnie dorzucając jeszcze “A gdy będę umierał”), to byłoby dewastujące trzydzieści minut (z opcjonalnym okładem). A tak to najlepiej rzecz opisuje sformułowanie, którego kiedyś użyłem: trochę spleenu, trochę festynu. Mogą drażnić pewne zmiany w tekstach (co ciekawe, nie tych “tatowych”, a konkretnie w “Kochaj mnie, a będę twoją” i “Ty albo żadna”), można być zawiedzionym brakiem hitów (choć “Jeśli zechcesz odejść – odejdź” to pewnie najlepsza rzecz w dorobku grupy zilustrowana klipem). Za pierwsze siedem utworów należy się spokojnie 4.5 w przyjętej skali, a że druga część jest tak dwukrotnie słabsza, to z bólem wyciągam średnią.

Ostateczny krach systemu korporacji (1999) (S.P.)

Jest w tym coś zabawnego, że oblicze “nowożytnego” Kultu zwiastuje płyta wydana pod koniec milenium*. Tytułowa fraza z Jello Biafry, przytoczona w całości (ironicznie) we wstępie “Krwi jak śnieg”, też jest jakąś zapowiedzią śmieszkowania z El Dupą, jeśli szukać dalej. To bardzo dziwny materiał, bo utwory, którymi rozgłośnie radiowe katują pewnie do dziś, niezbyt dobre zresztą (“Gdy nie ma dzieci”, “Lewy czerwcowy”) i jakieś zupełnie bezsensowne odpały (“Goopya peezda”, “Grzesznik”) sąsiadują z takimi, które nawet jeśli są o niczym (“Dziewczyna bez zęba na przedzie”) lub nie mają sensu (“Jatne” – no tak, taka miejscowość, zresztą stąd tytuł), to wciąż brzmią podejrzanie dobrze. No i jeszcze takie strzały, które nawet na drugiej płycie KaeNŻetu byłyby mocne (“Ja wiem to”, też ponoć utwór z bezsensownym tekstem, czy “Poznaj swój raj”)… Raczej zbiór utworów, które trzymają się kupy głównie dzięki być najlepszemu w historii zespołu brzmieniu, takiemu “zza ściany”. No i dla wielu zmierzch Kultu.

* Tak, wiem, jest jeszcze rok 2000, dopiero potem nowe tysiąclecie.


Salon Recreativo
(2001) (S.P.)

Przyjmijmy, że opowiadam o wydaniu kasetowym, bo tam program zawiera się w szesnastu utworach, bowiem o bonusowym kompakcie – w adekwatnym do zawartości brązowym kolorze – nie ma sensu gadać. Nikt mi nie powie, że to nie jest najlepsza rzecz nagrana przez Kazika i spółkę w XXI wieku. Nie dam się nawet przekonać, że z kolejnych czterech płyt można ułożyć równie dobry zestaw. Jasne, że druga połowa (pierwszego!) krążka już dołuje (z przebłyskiem w postaci “Uwiądu starczego” z bardzo umiejętnie budowanym… napięciem), ale nadal jest to poziom, na który później chłopakom (w)spiąć się już nie uda. Dla mnie TO jest zmierzch Kultu.

Poligono Industrial (2005) (S.P.)

Od “Poligono Industrial” zacząłem być z Kultem na bieżąco, w czym sama płyta nie ma zasługi. Ciekawostką jest to, że sam wydawca – chcąc nie chcąc – trafnie ją wycenił i sprzedawał po dwie dychy (dwa razy droższa edycja “deluxe” PIndy* zawierała jeszcze dvd z klipami). Gdyby nie klimat, jaki panował wówczas w zespole, wskutek którego Kazik miał dość swobodne podejście choćby do rejestracji partii wokalnych, to nie byłby zły album. Banan uratował, co mógł, wbił kilka szpil w kolegów, trochę na pożegnanie (w “A kiedy nic was nie ochroni” w Staszewskiego, a w “Panie pancernym” – w Grudę), a ile był wart, pokażą kolejne albumy. Przygnębiająca – na wielu poziomach – płyta. Ale samotnie da się jej słuchać.

* Funkcjonowało takie pieszczotliwe określenie swego czasu.

Hurra! (2009) (S.P.)

Pierwotnie dałem się złapać na ten entuzjazm, który pojawił się w zespole po incydencie w busie (“gdyby wszystko było inaczej / gdyby odwrotnie / mógłbyś siedzieć tak jak teraz siedzę / mógłbyś siedzieć przy oknie” – słyszymy w “Nowych tempach”, ale to już nie ten poziom ironii co ze strony Banana poprzednio), ale słychać, że zespół jechał już na oparach. Niby dobrze, że jest atmosfera, ale mówimy jednak o sztuce. Z ciekawych rzeczy to refren “Karingi” (co to w ogóle za tytuł?) przywołuje na myśl pieśń “Pan Jezus już się zbliża” (można śmiało podmienić tekst), a “Jutro wszystko zmieni się” (jakoś absurdalnie przemianowane, jeśli mnie pamięć nie myli, w Teraz Rocku przy recenzji) to tak cudnie szkicowa rzecz, że nawet tekst mi nie przeszkadza i może łapie się nawet do jakiejś pięćdziesiątki najlepszych utworów zespołu. A co do reszty, powiem tak: “dwa raz – ropa gaz”.

Prosto (2013) (S.P.)

W chwili premiery to mi się nawet podobało. Nie, inaczej: podobało mi się to, co znałem przed premierą. Sam nie wiem czemu. Nawet przekleję, bo odnalazłem, swoje refleksje spisane “na gorąco”. Ot, by uatrakcyjnić wpis.

***

Teide – Hiszpania, syntetyczna Hiszpania; czyżby GMO jednak przeszło?;)
Układ zamknięty – teraz lekki orient, tekst taki, że nijak nie przykuwa uwagi (oprócz paskudnego “wymyśleć” i błędnego akcentowania w refrenie – fu!);
Twoje słowo jest prawdą – ten Gruda to i zagrać umie, i melodię ładną ułożyć;
Dzisiaj jest mojej córki wesele – zaczyna się biesiada, na szczęście da się to przełknąć; tylko czy ten refren to w ogóle refren…
Prosto – konkret, więc mogę wybaczyć mankamenty tekstu i ten riff-nieriff, ale “Ja wiem to” to to z całą pewnością nie jest;
Dobrze być dziadkiem – kiepsko: bardzo słaby tekst (i to nie ze względu na tematykę), niezachwycająca muzyka; zdaje się, że głównie Gruda ratuje tę piosenkę;
Dlaczego tak tu jest – nie wiem czemu, ale od razu słychać, że to kompozycja Kazika, dość chwytliwa, to dobrze, tylko ten taki… nie w moim typie;
Bomba na parlament – dobry, może nawet bardzo dobry refren – w końcu; ogólnie pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, chyba najlepszy utwór jak do tej pory; Kult gra (jak) KNŻ;
Mój mąż –  tu mi się (prawie) wszystkie rymy zupełnie nie zgadzają, że sobie pozwolę na parafrazę; bas ładnie chodzi, nietypowe dla Kultu melodie wokali, refren dziwny, ale intrygujący; tekstowo to taka “Historia pewnej miłości 2”, choć to raczej luźne skojarzenie;
Moja myszko – taki typowy wypełniacz
Zabiłem ministra finansów – znowu nuda; “Hurra!” też w drugiej części zaczynała nużyć; hitu to się z tego nie wykroi, chyba że będzie nim sam tytuł;
Nie chcę grać w reprezentacji – przynajmniej wiadomo, o co chodzi w tekście, dzięki czemu można się z Kazikiem zgodzić (lub nie); mimo wszystko raczej (miła) ciekawostka niż “prawdziwy” utwór;
Modlitwa moja – znowu dopada mnie znużenie, z którego delikatnie wyrywa refren;
Największa armia świata wzywa cię – no proszę: Kazik jak chce, to potrafi; tekst jest świetny, zwraca uwagę na istotny problem, piętnuje hipokryzję, demaskuje pozory; dodatkowe brawa za tytułową metaforę; wrażenie delikatnie psuje wymuszony refren, a cały utwór kojarzy mi się z “Nie żyję ponad stan”;
Opowiadam się za miłością – ładny, lekki utwór z porządnym refrenem; sekcja dęta trochę zbędna, Gruda znów rozdaje;
Życie jest piękne – jakbym skądś kojarzył tę melodię wokali, ale nie bardzo wiem skąd; przypomina mi się “Salon Recreativo”; dobrze, że na zakończenie płyty nie poszedł jakiś smęt;

***

Kilka dni później, we właściwej recenzji, wystawiłem już notę 4/10. “Prosto” jest takie… od czapy. Jak podejście do grania autorskiego materiału jakiejś zaprawionej w bojach kapeli weselnej. Tym się różni od poprzedniej płyty, że to, co się z niej zapamiętuje, to te najbardziej wstydliwe momenty. Dramat, ale tragedia dopiero nadejdzie.

Wstyd (2016) (S.P.)

Pozwolę sobie po raz kolejny wkleić – lekko go skracając – tekst spisany wtedy, gdy kogoś grzała opisywana pozycja. Uczynię to choćby ze względu na to, że ujął mnie wstęp. Nie pamiętałem już tej sytuacji.

***

– I tak posłuchasz – rzekł ciepły, roześmiany głos, gdy nocna rozmowa zeszła (acz co ciekawe, nie padła) na temat Kultu i zaznaczyłem, że sięganie po nową płytę zespołu nie ma istotnego sensu, bo wiadomo, że bez Banana nic nie (u)grają. Ale czy człowiek musi postępować racjonalnie? (…)

Mierzę się ze “Wstydem” i mierzę, a(ż) korci, by ów rzeczownik zapisać bez cudzysłowu i małą literą. Żart średni, i średnio czytelny, ale pasowałby.  (…) W pewne zakłopotanie wprowadza mnie jedynie fakt, że “Hurra!” w pierwszym odczuciu wydała mi się (pro)pozycją udaną, istotnie jakimś początkiem, ale teraz widać, że raczej początkiem końca, a obrana droga, którą panowie konsekwentnie podążają, wiedzie na peryferia.

Odnoszę wrażenie, że Kult egzystuje niejako poza światem, mając za wzór i inspirację wyłącznie twórczość własną, i to niestety tę nowszą, nie ogląda się trendy, gusta, czasy i obyczaje. Jedynie teksty przystają do zastanej rzeczywistości, ale ani nie poddają jej zjadliwej krytyce, ani barwnie nie opisują, ani nie są w stanie zaintrygować walorami literackimi. Nie wiem, czy Kazik kiedykolwiek pisał dobrze (choć pewnie dobrze, że pisał), czy któryś z jego tekstów, zwykle niezamieszczanych w bookletach, broniłby się… na papierze. Z czasem tę niezgrabność czy wręcz słabość widać i słychać wyraźniej. (…)

Zastanawiam się, w czym problem, bo wprawdzie proces twórczy i stan umysłu mu towarzyszący mają z pewnością swoją specyfikę, ale nie wierzę, że nikt nie usłyszy, nikt nie powie, że to, co powstało, jednak nie jest najlepsze. Nie zechce przysiąść, poprawić. Zatem: zblazowanie? Wygoda? Presja wydawcy, który znów puści w świat kilkadziesiąt tysięcy nośników, bo Kazik i spółka cieszą się takim statusem, że jakość muzyki, jaką mają do zaprezentowania, jest bez znaczenia dla potencjalnego konsumenta? Nie chcę wyciągać pojedynczych utworów, wersów, autozapożyczeń słyszalnych od pierwszych dźwięków. Nie jestem w stanie wymienić ani jednego tytułu, który będzie pamiętany po latach przez kogokolwiek poza największymi fanami zespołu, wejdzie do kanonu. Płyta jest wprawdzie całkiem pogodna i jasna, jeśli chodzi o samo brzmienie, ale słucha się jej ze smutkiem i przykrością. Tyle dobrego, że jest bardzo równa, dzięki czemu uniknięto piosenek o weselu córki czy przyrodzeniu na prąd.

Naprawdę całość zakręciła się kilkakrotnie, zacząłem sobie robić jakieś notatki, ale punktowanie byłoby jak liczenie dla boksera po ciężkim knockdownie. Nikt mnie nie posłucha, bo zawsze lepiej . Z kolei ja może usłyszę coś w rodzaju “widzisz? posłuchałeś!”. Jeśli tak, będę zadowolony, że nie wyszło na moje i w myślach powiem “było warto”.

***

I rzeczywiście: nie pamiętam właściwie nic. Dlatego słuchanie tej płyty jest za każdym razem pełne straszliwych pułapek, których istnienie można jedynie przewidywać. Doszukiwanie się pozytywów w postaci choćby jakiejś ładnej melodii tu czy tam byłoby dość nieuczciwe.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *