Po całości (#2): Nightwish

Angels Fall First (1997) (Spinefarm)

Podoba mi się okładka. Gdyby wyrzucić z niej napisy i księżyc, byłaby naprawdę całkiem ładna. Słabiej jest z muzyką, bo właściwie robi się słabo, jak się tylko zacznie słuchać “Angels Fall First”. Te wszystkie Katatonie, Anathemy, a nawet Opethy (debiut) pokazały, że uchodziło wówczas takie kwadratowe granie, które miało zresztą swój urok, ale tutaj jak nie spartolą zaklęcia klawiszem, to wokalami (choć gdy słyszę Tuomasa, w takim “Beauty and the Beast” chociażby, to zaczynam szanować Tarję, której szczerze nie cierpię), więc nie ma lekko. Mimo wszystko próbuję docenić to, że się starają, zamiast skreślać ich za to, że nie umieją. Za pobrzmiewające na płycie echa romantyzmu lat 90. dam te dwa punkty, niech stracę (rozum). Mimo że momenty są to głównie dramatyczne.

Można sprawdzić: “Beauty and the Beast”. Dla śmiechu.

Oceanborn (1998) (Spinefarm)

No, pełna profeska. Właściwie stan rzeczy, jaki słyszymy na “Oceanborn”, jest tym, który znamy do dziś, czyli perkusista grać nie potrafi za nic, a reszta jest lepsza w maskowaniu tego, że nie jest lepsza od kolegi Nevalainena. Niestety cały tak zwany urok, jaki przy odrobinie dobrej woli i samozaparcia dało się znaleźć na debiucie, prysł.  Nie wszystko da się bowiem ukryć za pianiem, pianinkiem, skrzypkami i wiolonczelką. Że już o – za przeproszeniem – flecie nie wspomnę. Z niektórych melodyjek (“Passion and the opera”, brrrr…) można się nawet pośmiać. Pytanie po co.

Możesz sprawdzić: “Sacrament of wilderness”. Lubię ten utwór. Naprawdę. Byle nie w tej wersji.

Wishmaster (2000) (Century Media)

Ech, gdyby rok wydania zawrzeć w tytule… Można było tylko na tym zyskać. Właściwie można było zyskać tylko na tym. Właściwie to więcej tego, co na “Oceanborn”, jakby komuś było mało. Z tą różnicą, że (nie)wątpliwych przebojów tutaj chyba jeszcze więcej, więc i większe są moje przeboje z “Wishmaster”, co postanowiłem zaznaczyć w ocenie. Zresztą za sam utwór tytułowy się należy. Jak mało komu. Jeśli trzecia płyta jest najważniejsza w karierze, tak powiadają, to wypada tylko zasmucić się i cicho westchnąć.

Możesz sprawdzić: “Wishmaster”. Nie ma litości.

Over the Hills and Far Away (ep) (2001) (Spinefarm)

Tytułowego utworu słuchać się nie da. Nie i już. Nie dało się sto lat temu, nie da się teraz. Jest to więc rzecz, jak się zdaje, ponadczasowa. Poza tym odpowiada na pytanie. Dwa pozostałe kawałki (nowej wersji “Astral romance” nie mam siły porównywać z pierwotną) teoretycznie trochę ratują sprawę, ale z drugiej strony, nie dało się powtórzyć tamtego wyczynu. A kto wie, czy skubańcy nie próbowali, bo ich zamierzeń przecież nie znam.

EDIT: W sumie porównałem, tak nieśmiało: to nowe wykonanie jest mniej zabawne.

Możesz sprawdzić: “10th man down”. Jeśli już koniecznie coś musisz.

Bless the Child (ep) (2002) (Spinefarm)

Ot, typowa epka. Utwór z pełnej płyty, kilka wykonań koncertowych i nowości. Te ostatnie nie wypadają jakoś gorzej od programu podstawowego, a że ten minialbum towarzyszy “Century Child”, to nie ma tragedii. Jest sensownym dodatkiem.

Możesz sprawdzić: “Once upon a troubador”. Może nie jest to turboduża turboduzia turbadurowa ech no jakaś wielka rzecz, ale nawet cieszy.

Century Child (2002) (Spinefarm)

Może to już pierwsze oznaki przedawkowania, względnie reakcja obronna organizmu (ale wynikająca chyba właśnie z przyjęcia niebezpiecznej dla człowieka dawki takiej muzyki), bo nie wiem, jak inaczej tłumaczyć fakt, że słyszę na “Century Child” pewną zwyżkę formy. Nagle Pani Turunen śpiewa mniej… zaangażowanie, klawisz jakby bardziej nieśmiały i schowany, melodie wydają się mniej przaśne, słychać nawet gitary… Trudno byłoby mi wprawdzie komuś polecić tę płytę, bo chyba wyrzuty sumienia nie dałyby mi żyć, w końcu to wciąż Nightwish, ale… Kurczę, takie “Forever yours” jest nawet ładne, no…

Możesz sprawdzić: “Dead to the world”. Identyczna sytuacja jak w przypadku “Sacrament of wilderness” z “Oceanborn”.

Once (2004) (Spinefarm)


[źródło]

Możesz sprawdzić: “I wish I had an angel”. By przekonać się, jak to dobrze, że jednak trudno nagrać coś takiego dwa razy. Toż to prawie Portishead z “Third”. “Nemo” przywołuje HIM jeszcze mocniej niż obecnie robi to hołubiony Ghost. “The siren” też można, bo i poczucie humoru, jakie musiało powodować osobą, która wybrała tytuł tego utworu, należy docenić. Ocenę daję taką, by się dowcip całkiem nie zmarnował, bo już prawie zaczynam napisać coś na kształt minirecenzji.



Dark Passion Play
(2007) (Spinefarm)

PS. To prawda.

(stan sprzed lat, ale co tam; bardziej dociekliwi i uważni zwrócą również uwagę na miejsce 7. i dopowiedzą sobie resztę)

Możesz sprawdzić: “Meadows of heaven”. Jak to mówił kolega, włączając tę kompozycję, “w życiu bym nie pomyślał, że będę z własnej woli puszczał Nightwisha”. I robił to dziesiątki razy. Albo “The Islander”, bo jak twierdzi osoba, której zdanie jest dla mnie najbardziej istotne, to najlepszy utwór na świecie.;) Od siebie nie (do)dam nic.


The Sound of Nightwish Reborn
(ep) (2008) (Roadrunner)

Demówki, wersje orkiestrowe (i jedna instrumentalna), remiks. Problem z nimi jest jeden: nieobecność Pani Olzon. Ta pojawia się w kiczowatym, nawet jak na ten zespół, “The escapist”, który to utwór, z przyczyn dla mnie niepojętych, nie znalazł się na “Dark Passion Play”. Bez reszty byśmy się obyli, choć z drugiej strony, jest sens uświadamiania ludziom, że piosenki skądś się biorą, a gdyby kilka wcześniejszych albumów wypuścić w wersjach orkiestrowych, to niewątpliwie byłyby bardziej słuchalne. Jeśli jesteś fanem (a raczej fanką) Marco Hietali, dodaj nawet punkt do oceny.

Możesz sprawdzić: “The escapist”. Nie ma wyboru.

Imaginaerum (2011) (Nuclear Blast)

Gorsza, choć skrojona już pod nową wokalistkę, wersja “Dark Passion Play”. Niestety, jak podkreślam, skrojona, nie szyta na miarę. Na miarę możliwości i potencjału tej pani, ale to nie powinno specjalnie dziwić. Niestety liczba elementów wskazujących, że to wciąż ten zespół, który znamy i kochamy, jest spora, a niektóre utwory ratuje tylko Anette. Gdyby panowie bardziej pokombinowali, odpuścili flirt z celtyckim folkiem (znów dostają kosza, tym razem przynajmniej bez liścia, patrz: “The Islander”), to naprawdę mogłoby z tego coś być. I stwierdzam to wręcz z przerażeniem.

Możesz sprawdzić: “Scaretale”. Czasem chcieć to móc.

Trials of Imaginaerum (2012) (Roadrunner)

Cztery wersje demo utworów z “Imaginaerum” (ech, ten tytuł to mogli wymyślić jakiś normalny). Niestety w większości (3/4) tych zdecydowanie (naj)słabszych. No a takie “Slow, love, slow”, które gdyby przymknąć oko – a drugim okiem mrugnąć – można by wrzucić do Twin Peaks, wypada jednak lepiej w wersji ostatecznej.

Możesz posłuchać: “Slow, love, slow”. Ale nie musisz.

Imaginaerum: The Score (2012) (Nuclear Blast)

Recykling. Z niezbyt wysilonego przetworzenia normalnej płyty na zbiór “filmowych” tematów nie powstanie ścieżka dźwiękowa, która obroni się jako autonomiczna pozycja. Nie wiem, jak by było z “dodatkiem” filmu. Już przy drugim utworze zacząłem przysypiać. Ostatecznie nie jest to wprawdzie tragiczne, bo i “materiał źródłowy” wydaje mi się całkiem niezły, ale za samą – paskudne słowo – ideę i cyniczną jej realizację należy się możliwie najniższa nota.  Megalomaństwo i błazenada.

Możesz posłuchać: Przewiń sobie dwie pozycje wyżej i włącz jeszcze raz tamten utwór.

Endless Forms Most Beautiful (2015) (Nuclear Blast)

Z Floor Jansen na majku to już nie to samo. I nie wychodzi. Mimo że wychodzi to samo po raz trzeci – jeśli chcieć być bardzo pobłażliwym, inaczej policzyłbym wszystkie płyty, a tak to biorę pod uwagę tylko te bez Tarji – właściwie bez choćby pojedynczych odświeżających dźwięków. Ta płyta brzmi tak, jakby została wygenerowana, nie skomponowana, i myślę, że niedługo bez udziału człowieka komputer – dysponując odpowiednim materiałem poglądowym – będzie w stanie stworzyć coś bardziej zajmującego niż “Endless Forms Most Beautiful”. Pewnie chodziło o to, by nie stracić dotychczasowych fanów, ale nie zdziwiłby się, gdyby część z nich dała sobie po tej płycie spokój z tym zespołem. Ja dałem sobie spokój przed nią, ale fanem nie byłem. A nawet nie muszę tego słuchać, by znać każdy dźwięk.

Możesz sprawdzić: Nie wiem, może “Élan”. Dlatego, że to pierwszy singiel. Ale tak naprawdę nie ma żadnej różnicy, co się wskaże.


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *