Po całości (#1): Slowdive

Nie wiem, czy tekst wymaga wprowadzenia. Może tylko kilku uwag.

Po dłuższym zastanowieniu zdecydowałem się na porządek chronologiczny, bez podziału na formaty i oficjalność wydawnictw.

Przy wyborze bootlegów bazowałem na tej liście, kierując się tym, by wskazać zbiory utworów, w których możliwie najmniejsza liczba elementów zawiera się w zbiorze innym, a jednocześnie zebrać wszystko. Dlatego np. nie piszę o bootlegu C, który zawiera kompilację utworów z bootlegów A i B, podczas gdy na A i B możemy usłyszeć jeszcze rzeczy niedostępne nigdzie indziej.

I… to tyle.

Slowdive (ep) (1990) (Creation)

Można się podśmiewać z moich słów, zresztą sam nieco prowokuję [do tego], ale gdyby nie obie części “Avalyn”, to moim zdaniem nie byłoby obu części “Gebrechlichkeit” Burzuma. Dlaczego Varg miałby nie znać Slowdive, skoro Fenriz zna Siekierę – nie wiem. Jaką wartość logiczną ma poprzednie zdanie – nie wiem tym bardziej. Nieco mnie rozczarowuje utwór tytułowy, tym bardziej że jest tożsamy z nazwą zespołu, co zobowiązuje, ale dwa pozostałe, o których wyżej, to już magia (szczególnie “Avalyn II”).

Sprawdź koniecznie: “Avalyn II”. Bo to prapraprapoczątki depresyjnego black metalu, serio.

Just For a Day (1991) (Creation)

Nie jestem wielkim entuzjastą pierwszej pełnej płyty Slowdive, bo choć widać tu znamiona (idealne słowo, serio) wielkiego talentu, to rzecz jest raczej badaniem gruntu przed odfrunięciem innym grajkom hen, w przestworza. Z drugiej strony, ta płyta pewnie nie zwichrzy psychiki nieprzygotowanej i zdrowej na umyśle jednostce, więc jest wprawdzie bezpieczna i nieco zachowawcza, ale można to również poczytywać jako pewną jej zaletę. Wracam rzadko, ale generalnie z przyjemnością (jak już wrócę).

Sprawdź koniecznie: “Catch the breeze”. Bez niespodzianki, bo naprawdę nie ma co kombinować.

Morningrise (ep) (1991) (Creation)

Trzy krótkie utwory. Z mgły, którą jest “Losing Today”, wyłania się niewiele, ale dwa wcześniejsze to już inna sprawa. Tytułowy może jeszcze nieśmiało trawestuje takie “Catch the breeze”, a przynajmniej po lekkim odciążeniu mógłby się znaleźć na “Just for a Day”, ale “She calls” jest już pewną zapowiedzią – gdy próbować patrzeć teraz na to, co z czego wynika – “Souvlaki”.

Sprawdź koniecznie: “She calls”. To już coś, co może zrobić kuku.

Holding Our Breath (ep) (1991) (Creation)

W programie trzeciej epki Slowdive znalazła się powtórka hitu z debiutu (“Catch the breeze”) i trzy nowości, w tym zjawiskowa wersja “Golden hair” Syda Barretta. Jeśli o nią chodzi to warto odnaleźć pewne wykonanie koncertowe tego utworu, choć osoba, będąca tam – sądząc po komentarzach – główną gwiazdą, włosy ma innego koloru. Trochę złośliwie, albo właśnie by nie być złośliwym, nie podlinkuję. “Shine” w równym stopniu urzeka co usypia, ale “Albatross” to już, gdyby się tak chwilę zastanowić, jeden z najlepszych utworów w całym dorobku dorobku Slowdive, pierwsza dwudziestka spokojnie. A wbrew pozorom, wyboru nie dokonuje się spośród czterdziestu kompozycji.

Sprawdź koniecznie: “Albatross”. Bo tak.:P

Outside Your Room EP (1993) (Creation)

Tym razem muszę posiłkować się wcale niezłą znajomością alfabetu (pamiętam, jak w czasach licealnych, podczas lekcji techniki, kolega poniechał jego spisywania, pismem technicznym, argumentując, iż mu się nie chce, istotne problemy z czytaniem wyszły dopiero bodaj w trzeciej klasie), bowiem zarówno “Outside Your Room EP”, jak i pełna płyta, czyli “Souvlaki”, ukazały się tego samego dnia (17 maja). A co tutaj mamy? Dwa utwory z “właściwego” materiału (“Alison”, “Souvlaki Space Station”) i dwa tamże nieobecne (“So tired”, “Moussaka Chaos”). To, że drugi odrzut, został odrzutem, nietrudno mi zrozumieć, ale do męczącego długi czas “So tired” ostatecznie chyba udało mi się przekonać. Ale więcej niż trzech tych takich ładnych kółeczek, co pod spodem, nie mogę dać. Choć za okładkę chętnie dodałbym dwa punkty.

Sprawdź koniecznie: “So tired”. Może Tobie podejdzie szybciej niż mnie.

Souvlaki (1993) (Creation)

Niedawno, jak kolega chciał włączyć jakąś muzykę i tak przerzucał utwory, usłyszałem pierwszej dźwięki “Alison”. Mówię mu, żeby zostawił, coś tam opowiadam, jakie to dobre, bo on mówi, że w sumie kojarzy Slowdive, i ten utwór, ale jakoś nigdy specjalnie nie słuchał. Po jakichś dwóch minutach zadaje pytanie w rodzaju “to jest takie bardziej depresyjne czy romantyczne?”, na co odpowiadam, że to raczej romantycy z depresją. Dobrnęliśmy do “40 days”, kiedy trasa się skończyła. Gdzieś tam następnym razem słyszę od niego, że granie owszem, bardzo fajne, ale to jednak zdecydowanie za ciężkie dla niego. Ponieważ inny kolega przy takim “40 days” właśnie raz powiadał, że to muzyka do umierania, a następnym już stanowczo nalegał, bym to wyłączył, bo go to dojeżdża (a ceni moje specyficzne wybory, zawsze umiem mu coś polecić, a potem jara się tym bardziej ode mnie), a inna [miła] dusza była bardzo podobnego zdania odnośnie do wpływu tych dźwięków na psychikę, więc coś w tym musi być. Zresztą mam żal do pewnego jegomościa, który niegdyś męczył mnie i męczył, żebym sięgnął po “Souvlaki”, aż w końcu namówił. Gdyby nie kilka słabszych momentów, które przy pełnym odsłuchu pozwalają się jakoś pozbierać (należę do zapewne niezbyt licznej frakcji nielubiących takiego “Souvlaki Space Station”), to może nie byłoby już czego zbierać ze mnie.

Sprawdź koniecznie: “Dagger”. Bo jednak najlepsze – i najcięższe – zostaje na sam koniec.

5 EP (1993) (Creation)

Slowdive gra (ambient) techno i jak na ironię, nagrywa kto wie czy nie dwa najcudowniejsze utwory w karierze (“In mind”, “Missing you”). Dodatkowo cover Lee Hazlewood (“Some velvet mornings”), zachowawcze “Country rain” i będące swoistym pomostem między tym, co dotychczasowe, a tym, co nie okaże się nowym, “Good day sunshine”. Ogólnie wychodzi, z dość prostego równania, moja ulubiona epka spośród pięciu. Choć nie na piątkę.

Sprawdź koniecznie: “In mind”. Trochę sam siebie tym zaskoczę, ale to powinno zrobić większe wrażenie niż “Missing you”, bo – cytuję – trudno ocenić sam bit.

Pygmalion (1995) (Creation)

Może to głupie, dla mnie nawet odkrywcze, ale pomyślałem o analogii, jaka zachodzi między Slowdive a… Ścianką. Z tą różnicą, że sopocianie, by nagrać płytę totalną, potrzebowali płyt nie trzech, a czterech. Mam nadzieję, że nie zajdzie podobieństwo, gdy idzie o czas oczekiwania na kolejne posunięcie, a listopad – że pozwolę sobie zażartować i mrugnąć okiem – w końcu nadejdzie. “Pygmalion” – jak pewnie by napisano o tej płycie, gdyby to taki Ulver wypuścił ją po “Nattens Madrigal” – nie bierze jeńców. Innym skojarzeniem – jeśli już patrzymy z perspektywy lat – może być późniejsze “Third” Portishead, ale to właśnie dzieło Slowdive wydaje się najlepsze spośród wszystkich, o których wspominam. I wciąż istnieje poza kategorią czasu. Jednak mogło być jeszcze lepiej, jeszcze bardziej bezkompromisowo, czego dowodzą demówki, choć i tak nagranie tak nieprzystępnej i bezkompromisowej płyty popowej zasługuje na szacunek.

Sprawdź koniecznie: “All of us”. Z tym utworem, choć bodaj najsmutniejszy, będzie najłatwiej.

I’m the Elephant, U Are the Mouse (bootleg) (1995)

Kolekcja ambientpopowych tematów i ich wariacji. Dla preferujących formy piosenkowe jest “Like up” – także w mniej przystępnym brzmieniowo wariancie. Nie wiem, czy da się gdzieś dorwać i obejrzeć film, który ta muzyka – jak tylko zgaduję – w jakiejś części ilustruje, ale sam zbiór (czy raczej: zbiór sam w sobie) zasługuje na uwagę. Mimo że momentów prawdziwych wzruszeń i uniesień raczej tutaj nie znajdziemy.

Sprawdź koniecznie: “Beginning (4 parts)”. Bo to dłuższy i reprezentatywny dla całości fragment. Poza tym bardzo urokliwy.

Lost Demos (bootleg) (1995)
Cztery utwory, które w ostatecznej wersji odnajdziemy na “Ask Me Tomorrow”, czyli debiutanckiej płycie Mojave 3, wydanej w tym samym roku. Właściwie najbardziej szkoda tego, że tylko tyle. Czysta surówka, ale jakże piękna.

Nawet okładki nie znalazłem.

Sprawdź koniecznie: “Summer daze”. A potem najlepiej przerób sobie Mojave 3, przynajmniej pierwszy album.

Pygmalion Demos (bootleg) (1995)

Jeśli jest tak, jak utrzymywała jeszcze inna osoba (nawiążmy do rozważań rozpoczętych przy opisie “Souvlaki”), że przedawkowanie Slowdive poskutkowałoby samobójstwem, to najgroźniejsze mogłyby się okazać demówki z sesji płyty “Pygmalion”. Po energicznym i jazgotliwym trybucie dla My Bloody Valentine, który jest pewnym zaskoczeniem (“Beach song”, “Take me down”), atmosfera zagęszcza się błyskawicznie, a kombo w postaci “Song one” i “Hide your eyes” (w jedynej słusznej wersji) może sprowadzić do parteru najtwardszego wojaka. Żeby było… śmiesznie, nawet to nie przygotowuje na dalsze ciosy. Nie robi tego nawet szósta na liście “Miranda”, znana z pełnej płyty, która w tej wersji to 230 sekund muzyki, w której nie odnajdziemy najwątlejszego promienia światła (sama końcówka to już wręcz przesada). Nawet znane przecież szerzej “Crazy for you” jest w tej wersji przesiąknięte całkowicie jakimś nieodgadnionym smutkiem. Być może to, że brzmienie nie ułatwia trudów obcowania z tym wydawnictwem, sprawia, iż jest ono jeszcze bardziej nieprzeniknione, a jego mrok jeszcze głębiej przenika w nas. Zaczynam pisać pretensjonalne bzdury. Powiem więc tylko, jak ktoś będzie szukał, żeby rozejrzeć się za wersją, na której jest siedemnaście utworów (“Pygmalion Demos and More”), bo o niej rozprawiam. I dobrać sobie osobno “On the horizon”.

Sprawdź koniecznie: “Red 5”. I odwrotnie niż w przypadku rekomendacji z oficjalnej płyty, potem będziesz mieć już właściwie z górki.

I Saw the Sun (bootleg) (1996)

Taka piosenkowa siostra bliźniaczka demówek z płyty “Pygmalion”. Przecudnej urody pereł tutaj nie brakuje (“elektryczna” wersja “Dagger”, absolutnie fenomenalny cover “Sleep” Eternal, oba warianty “Silver screen”, z których jeden powinien się znaleźć na “Souvlaki” albo gdziekolwiek).. Ogólnie rzecz, z której dałoby się bez problemu stworzyć – przy odpowiedniej korekcie i redakcji – dzieło kanoniczne.

Sprawdź koniecznie: “Sleep”. Jak usłyszałem po raz pierwszy, to myślałem tylko o tym, by ten utwór się nie kończył.

Slowdive (2017) (Dead Oceans)

Pamiętam, jak uparcie poszukiwałem czegoś, co będzie choć w połowie tak dobre, tak poruszające i angażujące jak Slowdive. W zasadzie bez istotnych rezultatów, choć coś tam znalazłem. Raczej pojedyncze utwory. Teraz Brytyjczycy sami wypełnili pustkę po sobie. Musi widocznie istnieć pewna prawidłowość, bo jeśli – dajmy na to – tęskni się za konkretną osobą, to istnienie kogokolwiek innego nie jest w stanie zadusić (czy zagłuszyć) tego uczucia. Choćby nie wiem co.

Zacząłem od przytoczenia własnych słów, które dobrze oddają to, jak wysokie były moje oczekiwania., choć miłość to przecież uczucie bezwarunkowe i wieczne. Nie zawiodłem się. Jest tak, jakby nie było całej tej przerwy, tej wieloletniej rozłąki, i to nadal ten sam zespół. A jeśli rzeczywiście pójdzie w kierunku wyznaczonym przez finałowe “Falling ashes”, to może się okazać, że to, co najlepsze, jeszcze przed nim.

Sprawdź koniecznie: “Slomo”. Nawet jeśli nie jest to mój ulubiony fragment płyty, to nie ma przesady w uznawaniu, że to jeden z najlepszych utworów Slowdive w całym dorobku. A niejednokrotnie zetknąłem się z takimi opiniami.


(skala ocen: 0.5-5.0)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *