Płomień 81 – Szkoła 81 (2020)

Wyszedł nowy Płomień. Nie sądzę, by ktoś mówił o tym na osiedlu, ale Onar spokojnie może pokazać się na ośce. Pezet również.

Organek w refrenie jednego z bardziej pamiętnych okołorapowych singli minionego roku rzucał samoświadome – albo niezamierzenie autoironiczne – “to nie miało prawa się stać / to nie miało prawa się udać”. Nie decyduję o tym, czy ktoś może nagrywać, czy nie, nie rozstrzygam, jakie motywacje są dobre, a jakie złe, nie rozpatruję w tym kontekście kategorii intencji i nie osądzam, czy zwycięża serce (miłość do rapu), czy rozum (ekonomia), i czy jednych podszeptów można słuchać, a drugich nie. Istotne jest to, że można słuchać “Szkoły 81”.

I jest to jakaś lekcja. Jeśli nie dla raperów – młodszych i starszych, aktywnych i nie-obecnych (byłych/przyszłych) – to dla mnie. Słuchałem singlowych kawałków, choć po “Maradonie” najchętniej bym odpuścił (kolejne tylko potwierdzały, że postąpiłbym roztropnie), zerknąłem na tracklistę, na której widnieje więcej ksywek niż tracków (jeśli liczyć producentów)… Zresztą czego się spodziewać po albumie, na którym siły łączą tacy dwaj zawodnicy: dobry raper w złej formie (od ponad dekady!) i zwykły raper z minionej epoki, który nawet w swoich czasach nie byłby wymieniany jednym tchem z czołówką, nawet jeśli na jednym wdechu dałoby się rzucić kilkadziesiąt ksywek? Ano, jak sam nawinął drugi z panów w klasyku duetu, “po prostu dobra płyta, na dobrych, k***, bitach”.

“Szkoła 81” to rap o rapie (nowym, starym), o dawnych czasach i o podwórkach, z których się wywodzi. Znaczącą rolę odgrywa więc autotematyzm, wzbogacony kilkoma refleksjami bardziej ogólnej natury, kolekcją dobrych rad (“dzieciaku, nie musisz być żadnym prymusem / ważne, żebyś nie był lamusem” Onara) i prawd prosto z osiedla. Nie ma w tym, dzięki bogu, szczególnej głębi, czasem tylko smutek, bo często tylko smutek pozostaje (tytułowa “Szkoła 81” i “Do widzenia” to lepsza klamra niż “Start” i “Stop”). To takie “kiedyś było lepiej” (z gwiazdką, a przy niej drobnym maczkiem: “ale teraz jest teraz – i dobrze”), bo rap był lepszy, byliśmy młodsi, więcej w nas było życia, w naszym życiu było więcej romantycznych ideałów (?!), a postmodernizm to takie życie post mortem. Zaczynam bredzić, więc dopiszę “przynajmniej dla rapu”.

Przenikliwą i precyzyjną uwagą dotyczącą ubiegłorocznej płyty Pezeta podzieliła się ze mną dziewczyna, która pewnie wyraźnie bardziej sympatyzuje z twórczością Pawła z Ursynowa, stwierdzając, iż teksty na niej są takie, jakby on po prostu usiadł i je napisał (wyjątki: “Intro”, “Magenta”). Mógłbym się wtedy z nią zgodzić, choć podobno czasem potrzebuję na to nawet kilku lat, ale jeśli wykluczyłbym owe wyjątki (bo jak wiemy oboje, i nie tylko my, one nie potwierdzają reguł). Najbardziej na tej płycie spodoba jej się “Do widzenia” (przynajmniej jeśli chodzi o zwrotki Kaplińskiego), o czym nigdy się nie dowiem. Ale ona dowie się o tym, że to przewidziałem.

Albo tytułowy. Nie zawsze wszystko wiem najlepiej. Zwykle nic nie wiem. Chyba tytułowy jednak. Zwykle nic nie wiem.

W pewnym sensie, pozostającym nieczytelnym, nie zrobię przeskoku, zauważając, że nawet jeśli Pezet wybija się na tle Onara, to wybija się (albo raczej: wznosi) właśnie dzięki niemu. Nie dlatego, że jest lepszym raperem, choć pewnie jest. Może czują się dobrze ze sobą? Może czuli potrzebę powrotu i wspólnych nagrywek? Suma jest lepsza niż wynikałoby z dodanych do siebie czynników, a całość płynie lepiej niż by się wydawało na bazie drobiazgowej oceny poszczególnych ścieżek (te singlowe, oprócz “Wody takiej głębokiej”, zachęcają – jak młody pi -do naciśnięcia “skip”, “Styl” to właściwie tylko bit) czy analizy tekstów, wyciągającej kolejne wersy (choć Palucha muszę wspomnieć, bo najpierw udaje Belmondziaka, rzucając “wjeżdża największy kaliber / twoja ekipa koliber”, by po chwili dodać “na pewno będą to dziarać / bo moje słowa to sztuka”, co mogę skwitować tylko “mhm, no ok”). Albo gdyby przyjrzeć się gościnkom. Bo jednak nikt nie zaskakuje, przynajmniej nie na plus (taki Wlodi nie da już chyba nigdy zwrotki o czymś innym niż o tym, co zawsze), nikt nie wypada zdecydowanie korzystniej niż któryś z gospodarzy w najsłabszych momentach. Choć mam poczucie, że tej płyty słucha się bardziej jak płyty… z muzyką (!!), więc najlepszą robotę robią producenci. A Onar z Pezetem raz lepiej, raz gorzej zagadują bity.

I na pewno jest to bardziej udany album niż skalkulowana kompilacja pt. “Muzyka współczesna”. Bo jednak sięgnąłem po Płomień 81 dla Pezeta. Chyba nie tak udany jak “Historie z sąsiedztwa”, które sobie dla porównania odpaliłem (to dla wielu oznacza pewnie, że nieudany), ale jak ktoś lubi rap – ja lubię – to dostanie klasyczny (ale jednocześnie na czasie), zawodowo zrobiony materiał gości, którzy znają się na tej robocie. Niby nic wielkiego, ale miło się zaskoczyłem. Raczej nie będzie się o nim mówić, ale warto go posłuchać.


PŁOMIEŃ 81, Szkoła 81

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz