Pih – Non serviam. Tom I (2019)

Chciałem zacząć recenzję westchnieniem. Ale po pierwsze, bodaj dwukrotnie zwrócono mi uwagę, że owo uczucie – bezsilności, nie zdumienia czy ekscytacji – zapisuje się przez samo “h”, a mnie tam, gdzie powinni uczyć kultury i poprawności wysłowienia (lub ogólnie miłości do słowa), uczyli jedynie, by nie wartościować opinii, bo każda ma równą wagę i wartość. Po drugie, parafrazując śp. Janusza Wójcika (choć to raczej przywołanie konstrukcji składniowej), tu nie ma co wzdychać – tu trzeba płakać.

Mógłbym zacząć od przywołania debiutu Kalibra 44 – płyty mającej tę cudowną właściwość, że ilekroć po nią sięgam (a czynię to co kilka lat), wydaje się jeszcze gorsza niż poprzednio. A dobra nie wydawała mi się nigdy. W ’96 dostaliśmy od Magika i kolegów tylko prolog rzeczonej Księgi Tajemniczej. Być może “Non Serviam” nie doczeka się drugiego tomu.

Ale żarty na bok. Sięgnę po notki spisane na gorąco, nieco je rozwijając. To rap środka. Bez serca i duszy. Wypchany. Watą słowną. Wydaje się żywy, tworzony z głową, ale kiedy go trącić, straci się go. Można zapytać: czego tu nie ma? Ale to niepoprawna (inaczej: błędna) konstrukcja. Więc inaczej: co tu jest? Jest trochę turpizmu. Jest skatologia. Aż sam przez chwilę zastanowiłem się, czy to (jeszcze) horrorcore (“Łzy mima”)? A może, ekhm, honorcore? Zamiast krzyknąć “oi!”, chce się bezgłośnie rzucić “oj…”. Tyle tu ulicznych prawd, w które naprawdę nie mam siły wątpić. Rzucania haseł, rzucania mięsem. Za każdym razem chybione. Uchybiające jedynie Pihowi.

Fragmenty “refleksyjno-filozoficzne” (“Czym jest szczęście”) i pełne “metaforycznych” “zmysłowych” opisów (“MDMA”) to naprawdę dramat. Wersy z “Tej gry” to rzecz do gruntownej analizy dla osób, które słusznie węszą i tropią to, co śmierdzi na kilometr (maleńki aperitif: “ona – psa kobieta, czyli zwykła suka”). Mnie od razu robi się niedobrze. “Non serviam” brzmi jak autodiss. Skąd tyle w tych samcach samczej pewności, że są samcami alfa, alfą i omegą? Każdy najlepszy i największy. Taki Tede umie chociaż wystrzelać swoje serie w kierunku konkretnych osób. Pih – czy O.S.T.R. – mogą jedynie się wystrzelać. Na ślepo. Ze ślepaków.

Najgorsze, że to nie jest – technicznie – zły rap. Jest taki jak podkłady (m.in. Magiera i Donatan): rzemieślniczy. To rzemiosło solidne, ale bycie w czymś dobrym nie oznacza jeszcze, że to, co się robi, jest dobre. A tym bardziej że robi się coś dobrego. Jeśli kogoś interesuje, jak by to ująć, uliczny softcore, wyrazistość, której nie sposób odróżnić od dziesiątek innych raperów, poprawne bity, “niepoprawne” wersy, a w chwili śmierci Chady-rapera (nie Chady-człowieka!) i w nich coś bezpowrotnie umarło, to… No nie napiszę, że powinien sięgnąć po “Non serviam. Tom I”, bo pewnie już to zrobił.

I uwierzył w tytułową deklarację. Mnie Pih w istocie nie służy. I nie służy mi to, co… serwuje.


PIH, Non serviam. Tom I, wyd. własne

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *