Pezet – Muzyka współczesna (2019)

Pezet ma u mnie kredyt zaufania. A jednak “Muzyki współczesnej” słucha się na raty, z zawahaniem, myśląc sobie: czy on wciąż to ma? I choć w tych ratach nie spłaca długu, bo i żadnego nie zaciągnął, to swoista prolongata (o tym, ile to już lat, za chwilę) powoduje tylko przeciągłe westchnienie.

Dobrze, dość tej ekwilibrystyki. Choć za sobą mam właściwie nie wstęp, a konkluzję.

Dziwne. Dziwne jest to, jak mocno można wierzyć w wizję i talent kogoś, kto ostatnią dobrą płytę nagrał w poprzedniej dekadzie (według mnie dziesięć lat temu, ale nie będę się kłócił z powszechnym przekonaniem, że piętnaście, by z kolei moje przekonanie nie wydało się przekorą). I że nie pamięta mu się tego, o czym sam – zakładam – sam by chętnie zapomniał. Dziwne jest to, jak mocno można wierzyć w wizję i talent kogoś, kto błądzi po omacku i jest nie tyle samorodnym talentem, ile zwykłym chłopakiem z bloków, którego ku sukcesowi powiódł przed laty świetny producent. Tutaj z kolei brakuje zdania, które pozwoliłoby płynnie przejść do następnej myśli, więc właśnie takie piszę; skończyłem.

Nie odmówię Kaplińskiemu sprawności – technicznej, intelektualnej – ale na przykładzie “Muzyki współczesnej” więcej można mówić o jego sprawności marketingowej. Płytę umiał sprzedać – przed premierą – sprytnie grając nie aż tak mocnymi kartami. Jedna rzecz: ujawnianie kolejnych gości. Ze wskazaniem, którzy z nich pojawią się jedynie na limitowanej wersji albumu. I tutaj mamy zestaw dla truskulowców, którzy mogli na nowy materiał czekać, wręcz go wyczekiwać (KęKę, Paluch, Sokół, Mes), i dla tych, którym Pezet może się jawić jako postać wręcz historyczna, niekoniecznie pomnikowa, ktoś z dawnej epoki (Zdechły Osa, Oki, Otsochodzi, Jan-Rapowanie). Oczywiście okazuje się, że Pezet nie dorzucił sążnistej porcji bonusowych i ekskluzywnych ścieżek-odrzutów, a jedynie dwa “remiksy” jednego z singli (konkretnie “Gorzkiej wody”). Poza tym jeszcze przed wysyłką albumu do preorderowiczów każdy mógł się z tymi nagraniami zapoznać. Jakimś cynicznym chichotem jest to, iż pretekstem była… dobra sprzedaż (złota płyta). Do tego goście z zestawu podstawowego, wybrani nie pod kogoś, kto nosi w sercu hasło o kupowaniu polskich rappłyt, a pod kątem szerszej, poszukującej widowni: Taco Hemingway, Syny, Oskar z PRO8L3M-u (Steez83 też się pojawia, acz w innym tracku). Tutaj brawa należą się za wyczucie. Marcin Flint podpowiada, komu się owe brawa należą, więc niech będzie, że przyklaskuję temu, kogo wskazał. Druga rzecz: single, szczególnie “Intro”. Plus celowe sprowokowanie sugestii, jakoby płyta mogła być częściowym powrotem do korzeni, a wręcz – być może – do współpracy z Noonem (tutaj ponoć zaszłości na to nie pozwolą, ale nie wiem, plotek słucham z pewną rezerwą). Zabrakło może tylko modelu sprzedaży znanego z festiwali, kiedy kolejne pule biletów – coraz droższych  – trafiają do ludzi wraz z ujawnianiem szczegółów wydarzenia. A przecież “Muzyka współczesna” jest/była wydarzeniem.

Można pisać po kolei o utworach, tym bardziej że o tym, co istotne, jeszcze się w zasadzie nie zająknąłem. Jest to nieszczęsne “Intro”, szczęśliwie (fartownie?) dobre, szczególnie gdy wziąć pod uwagę zakładaną formę Pezeta. Tutaj dygresja. Pamiętam, że prowokowany do tego, by się wypowiedzieć, wręcz by się nie zgodzić, wyrażałem się zdecydowanie krytycznie o pojedynczych utworach z niewydanej (potencjalnej!) “Muzyki reklamowej”. Choć akurat przeznaczenie tych nagrań przeszkadzało mi najmniej. Ale gorzej, że były… niepotrzebne. Zresztą pewne odpryski, być może z braku weny, znajdziemy i tutaj (“Nie zobaczysz łez”, “Piroman” – proszę nie czepiać się wskazania tego pierwszego, dla mnie to jedna pula). Ale wróćmy. “Czas to iluzja” (prod. 1988, feat. Piernikowski). Track niczym ze “Snu”. Szkoda, iż Pezet sprawia wrażenie, jakby dogranie się było koszmarem, podczas którego pyta siebie: “co ja tu robię? kim oni są?”. Zresztą to, że choć gość generalnie trafia w bity (nawet jeśli kładzie na nie nietrafione wersy), to już z klimatem często się rozmija. Ale skoro sam nie wie, czy jeszcze coś czuje, to mogę go zrozumieć. Przynajmniej dobrze, że nie próbował tam oddać maniery gościa-gospodarza (tj. Piernikowskiego). Bo kiedy we wspomnianym “Piromanie” zaciąga po oskarowemu, staje się to… no co najmniej problematyczne.

Ale PzU wciąż jest sprawnym konceptualistą. Do tej pory mnie to zastanawiało. Czy to wszystko szczere, czy też przemyślane do tego stopnia, że choć proste i dość płytkie, to jednak starannie wykoncypowane. Za najlepszą charakterystykę postaci (teraz wiem, że “postać” to bodaj najwłaściwsze słowo) uznałem taką, której przed laty dokonała moja znajoma, nazywając Pezeta “tym chłopaczkiem w okularach”. Wprawdzie chciała się w ten sposób upewnić, czy osoba, którą kojarzy, jest tą, o którą mi chodzi, ale… Zresztą może w kreacji/postaci tkwi obecna siła Pezeta. Skoro na płytę zaprosił osoby, które traktują rap jako konwencję w rozszerzonym i uwspółcześnionym rozumieniu (trochę ironicznie, literacko, filmowo – jakkolwiek), to… No wiadomo, jak to jest, gdy się wejdzie między wrony.

Inna sprawa, że ten koncept Muzyki (od tytułów albumów) jest muzycznie i tekstowo najmniej interesujący, pełen niewyrazistych kalek, niepełniących funkcji poetyckiej powtórzeń (te różowe włosy głównej bohaterki kobiecej) i bardzo męczy. Można przyjąć, że to taka podróż w czasie, do czasu sprzed “Muzyki klasycznej” (lata 90. – przynajmniej muzyczna, same wspomnienia są nieco… płytsze), w której używa się nie tylko praesens historicum, bo są w tym opowiadaniu także modne dystopie (“2k30”), mówienie o tym, co tu i teraz (ale nie “na zewnątrz”, a “w sobie”) i ciągłe, wymagające raczej skreśleń podkreślenia, że przeszłość jest przeszłością.

O dwójce bohaterów – ludzkich, choć niekoniecznie pogłębionych – wspomniałem. Trzecia bohaterka to Warszawa. Mogliśmy ją poznać już z tekstów Taco (gościnny występ, kiepski nawet jak na niego, w “2k30”), a Pezetowi wyszło… tak o. Po prostu. Jest to Warszawa nocna, acz kolorowa, przepuszczona przez instagramowe filtry; miasto, które nie śpi, miasto, w którym się nie śpi, a jedynie sypia (z kim? po czym?), Warszawa niebezpieczna. Ale znów: nie ma w tym obrazie choćby najdrobniejszego interesującego (czyt. niezaobserwowanego przez nikogo wcześniej) szczegółu.  Znów nic w nim nie ma. Pewną kwintesencją tych obserwacji bez obserwacji jest “Gorzka woda”, która nie będzie przefiltrowaną przez “Muzykę rozrywkową” (co to za filtr, co zbiera brud?), nową, małoojczyźnianą wersją “Szóstego zmysłu”, bo tylko razi krótkowzrocznością, a refren budzi (nie)lekkie zażenowanie. Bitu ma się dość po minucie, góra półtorej (nie jest zły, tylko właśnie ciężki). A odnalazł się na nim – mimo aż dziewięciu śmiałków (dwa bonus tracki!) – tylko jeden raper: Mes. Nawinął zwrotkę, która nie ma pewnie większego sensu, ale jest to bez-sens narkotyczny, trip report, technicznie i konceptualnie jedna z najlepszych zwrotek, jakie słyszałem w tym roku. I pasująca do podkładu. Zaznaczam, że nie przepadam za gościem.

Można wyłowić więcej dobrych momentów. I to chyba dobry moment, by dobre momenty wyłowić. Piernikowski pojechał po swojemu, co może się nie podobać, ale mnie podoba się od czasu drugiej płyty Synów bardzo. W “Domie” Pezet ma coś do powiedzenia, ale to coś takiego, czego albo nie da się powiedzieć, albo sam nie potrafi. Wychodzi więc trochę taki hermetyczny strumień wspomnień(?), trochę zbiór komunałów. Plus refren, który pasuje dobrze do polskiego rapu z 2019 roku, ale jaki jest w tym roku polski rap – nie chcę (znów) mówić. No i “Outro”, ze świetnym bitem i nawiniętym na do widzenia bodaj najlepszym wersem na płycie, rzuconym jakby rzeczywiście z serca “nie zwariować, jakoś żyć, nie zwariować”. Jako bonus zwrotka Bryndala. Jeśli wyłączyć syno(w)ski track – być może najlepsza w zestawie podstawowym. Acz tylko dobra (takie cztery z dwoma).

Czyli tak: 2-3 bardzo udane numery, 2-3 bardzo nieudane (jeśli nie liczyć “Magenty”, bo ta ma sens kompozycyjny, jako ekspozycja), plus zbędne interludia (lepsze to niż skity, ale mimo wszystko), reszta na granicy takie sobie/ujdzie. Może jestem głupim truskulem, ale jakby wziąć (za wzór) “Intro” i “Outro”, pociągnąć temat, a nie tylko zebrać wszystko, co tam się uzbierało, i skle(c)ić z tego płytę, to coś by mogło z tego być. Ot, taka “Muzyka neoklasyczna”. A tak to mamy przelot przez wszystkie “Muzyki…” (łącznie z emocjonalną), ale jest to płytkie, nieciekawe i odtwórcze. Nie napiszę, że gościa stać na więcej. Sam wspominał, że to najlepsza płyta, jaką w obecnej formie jest w stanie nagrać.

Nie wiem, co myśleć. Mógłbym zażartować, że najbardziej rozczarował mnie brak obiecanych przez Pezeta sampli z black metalu (jest jednak możliwość, że ich nie wychwyciłem), ale w świetle tego, co usłyszałem, to… Trudno ocenić tę płytę. Trudno ocenić ją bez bólu serca. Ale trzeba to zrobić uczciwie, może dość surowo. A może właśnie nie dość? Sam nie wiem. Nie jest to jego najgorszy album, ale prawdopodobnie najsłabszy z tych, które w tytule mają wielokrotnie wymienione w tekście słowo “muzyka”. Chaotyczny, nierówny, niespójny, posklejany tak, że trzyma się tylko na słowo honoru. Niedbały, także gdy idzie o bity (choć co smutne, ale i typowe, to Pezet zwykle jest tutaj w duecie producent-MC elementem mimo wszystko słabszym). Nie powiem, że niepotrzebny, ale chyba nie był konieczny. A przynajmniej – cytując słowa piosenki Tomasza Budzyńskiego – jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.

Szkoda. Ale niech Pezetowi wyjdzie na dobre. Albo niech chociaż dobrze na tym wyjdzie.


PEZET, Muzyka współczesna, wyd. własne

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *