Peja – 2050 (ep) (2020)

Na pytanie “Peja czy Tede” z coraz większym przekonaniem nie udzielę odpowiedzi a) (choć odpowiedzi udzielę bez emocji w głosie), ale wydaje mi się, że wciąż pokutuje przekonanie, iż Ryszard Andrzejewski wielkim raperem jest, przez które to sobie muszę zadać pokutę w postaci “2050 EP”, a poprzez pokutę uzyskać rozgrzeszenie nie dla siebie, a dla innych.

Wstęp wyszedł patetyczny i bez sensu (czyli nie wyszedł, zgodnie z panującym tutaj zwyczajem/standardem), co mógłbym odnieść do epki poznańskiego Cripsa z gangu SLU. Ale mówimy o prawdziwym Mistrzu Ceremonii, niebędącym częścią sceny pełnej fake MC’s, którym się dogrywa (“zapraszają mnie dzieciaki, na albumy wbijam, synek”), twórcy zorientowanym na dorosłym i mądrym odbiorcy (choć “polski słuchacz to co drugi kretyn” – ciekawe, jak to wygląda wśród polskich raperów), którego albumy to misternie przygotowane – cóż – misteria. O takim Ostrym w wersji w light. Albo lite. Wyznającym zasadę, że najlepszą obroną jest atak, więc z furią pożera niewymienionych z ksywek młodzików, daje nam prawdziwy rap, za jakim tęskni, nie polegając przy tym na “pedalskich podszeptach”.

Oczywiście spektrum zagadnień, które interesują artystę, jest szersze, bo i sam artysta poszerza… horyzonty. Interesuje się więc sobą i tym, że inni interesują się nim, dzięki czemu do czegoś doszedł, czego z kolei ci mali, zawistni, sfrustrowani ludzie mu zazdroszczą i czego nie mogą przeboleć. Poza tym ćwiczy, ruch w jego przypadku to już nie ruch hools. I co istotne, nie pije (“mogę wbić się w ponczo, ale nie chlam ponczu” – wers idealny na grafikę w Rap Genius Polska). Rozmaitość & nowość, a przy tym poziom proponowanych przemyśleń i refleksji, można podsumować skromnymi słowami samego autora: “nowy level / nowe treści”. I prostym przekazem o sile dogmatu, płynącym prosto z serca (trafia również w moje serduszko), wymierzonym we wszystkich domorosłych krytyków-dyletantów, którzy o przekazie nie mają pojęcia: “jeśli nie kumasz tej jazdy, to ch**a się znasz”. I przyznaję, jedzie całkiem nieźle. Donikąd.

Z pewnością “2050 EP” to coś, czego mogłoby nie być nie było. Futurystyczny, cyberpunkowy rap (z) przyszłości (produkcja: Magiera) starego, dobrego Rycha, który zawsze był kotem – jak to ryś, dzikim – ale choć dziś się udomowił, to nie zapomniał o swojej naturze, domowe ognisko nie zgasiło w nim instynktu drapieżnika, a pazury wciąż ma ostre.


PEJA, 2050 EP, RPS

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz