Pchła – Album fioletowy (2018)

Kwestią prymarną, swoistą dominantą stylistyczną, jest szacunek, jaki należy okazać zarówno tym, o których się pisze, jak i tym, którzy czytają. Pewne uniżenie wobec obu grup wydaje się wręcz nonkonformistyczne w swej niepokornej skromności, ale wśród zmiennych i niewiadomych w równaniu, którego próbę – czy może (nie)pewną propozycję – nieostatecznego rozwiązania stanowi tekst, istnieje pewna niezmienna i wiadoma. Nie mam na myśli formy, bo ta, nawet jeśli foremna, pozwala się formować (w myśl słów poety, “jestem swoim własnym ograniczeniem”) i deformalizować. Nie jest to również wysadzanie jej cynizmem postmoderny, a pewien chroniczny, anarchistyczny anachronizm. Nigdy nie nazwałbym takiego pisania pretekstowym, bo nieważne (a raczej: ważne nie to), co stoi przed tekstem, a za nim. Kategoria intencji nie zostaje wpisana w sens rozważań, gdyż intencje są dobre wtedy, gdy można się nimi wymówić z niewymownego zła, jakiego pozwoliły dokonać. To, że niesie się światło, nie daje prawa zostawiania za sobą pożogi.

Kolejnym elementem wartościująco-porządkującym wypowiedź jest rytm, rozumiany ściśle, przynależny człowiekowi i jego oddający, ale matematycznie precyzyjny. Nie umiem nie szukać w poezji dykcji, szczególnie gdy tracę głos (powtarzam się), ale parafrazując wiersz Zbigniewa Jankowskiego, i jednocześnie przechodząc już do rzeczy, co nie tylko sobie obiecałem, pełne otwarcie wyraża się tak: ona / zamiast mnie.

Przykład takiego (p)odejścia widać tutaj. Ale kto (nie?) chciałem, by zobaczył, widział.

Pchła. Człowiek od razu myśli o “Mojej obawie” (Joki, sam nie podzielam tejże), ale nie będę zaczynał od niezasłużonej złośliwości. Zresztą sam nie jestem większy, więc zaznaczę tylko, że nie lubię K44. I to jak [nie wiem]. Poprzedni szyld, pod którym osoba ta prezentowała swą twórczość, złożony z trzech pytajników, kojarzył mi się z Pratchettem, a jeszcze wcześniejszy, Epiglottis – najmocniej z żartem, zapamiętanym pewnie jeszcze z ubiegłego wieku, z komiksowego periodyku Kaczor Donald, w którym to jeden z bohaterów, próbując wytłumaczyć bodaj istotę i mechanizm czkawki, usłyszał całkiem niegłupią, acz zniecierpliwioną odpowiedź “sam jesteś głośnia”.

Konkrety. Bardzo proszę. Dziesięć utworów. Podzieliłbym je na pewne sekcje, ale o tym zaraz. Albo później. A może w ogóle. Część słyszeliśmy na demach ???, które jak się zdaje, znowu gdzieś wyparowały z sieci. Jako ktoś, kto je poznał i zachował, już nawet nie rzucając, że po kilku miesiącach “sprzedaje się” to samo co wcześniej, tylko pod nowym szyldem [Pchła] albo zmienia tytuł (“Tętno i lód” to dawne “Tak samo jak ty”, a “Powtórka z rozrywki” jest [ponownie] tą samą “Powtórką z rozrywki”), mogę powiedzieć, iż nie dowiaduję się teraz niczego, czego bym się już nie dowiedział. Jednak w całej tej historii – jak w każdej innej – historia interesuje mnie najmniej, toteż nie będę się zżymał na bliski mi żywioł szczegółu.

Odautorski opis warstwy muzycznej, zawierający się w krótkim wyliczeniu instrumentów (gitara akustyczna, gitara elektryczna, dwa pianina – #metonimia), ładnie zamyka temat, bowiem nietrudno sobie wyobrazić, jak bogata w wyrazie i pełna ornamentów może być ta[ka] płyta. No gość próbuje śpiewać, a swoje próby [nie]skromnie przykrywa, zasnuwa całunem i plamami może nie-strojących, ale nastrojowych dźwięków. O “Ruins” Grouper wspominałem, ale mogę raz jeszcze, bo jest to porównanie wciąż uprawnione.

Teraz powiem dwa słowa o tym, o czym nie umiem powiedzieć. Po pierwsze, prezentowałem “Do gwiazd” osobie, której wspomnienie głosu wybrzmiewało wyjątkowo mocno podczas finalnego “odchodzisz”, powtarzanego szeptem raz za razem (w oryginale: “[ale przecież to] nie to samo, nie to samo, nie to samo…”). O innym fragmencie tekstu, trudno mi go w tej chwili odszukać i wskazać, dowiedziałem się wówczas, że – cytuję – “tak, jak on to tu napisał, to Ty się wypowiadasz podczas zwykłej rozmowy telefonicznej”. Nie wydaje mi się jednak, by z jakichkolwiek moich wypowiedzi dało się zrobić piosenki. Trzecia rzecz, tym razem dotycząca “Powtórki z rozrywki”, to pojedynczy wers, który dla lepszego efektu wyodrębnię:

inne kobiety przy Tobie to jakby kulki mięsa zamknięte w folii do sprzedaży

Gdybym powiedział coś takiego – choćby we wzmiankowanych okolicznościach – Tej o Której Mówię [i Myślę Nieprzerwanie], to usłyszałbym roześmiane wykrzyknienie “Krzysztof!”, co jest już samo w sobie nieprzetłumaczalnym żartem. Bo co by to oznaczało? Że czym jest? Kim? Pomyślałem kilkanaście sekund nad parafrazą i wyszło mi tak:

inne kobiety przy Tobie
to kobiety
jakby

Możemy tak dalej. I dalej, i dalej. Zastanawiała mnie specyfika tych tekstów, bo o ile odniesienia są oczywiste, a ich natura wydaje się łatwo przeczuwalna, o tyle sam sposób, w jaki udaje się (?!) spisać (właśnie: czy akt [s]pisania nie jest aby wtórny względem fonicznej rejestracji? czy to przypadkiem nie swoista transkrypcja [piekła]?) pewne stany rozproszenia ducha, pozostaje niejasny. Przeglądałem niedawno nieistotną publikację książkową, nie chcę przytaczać tytułu, której przekład jawił się lekko u[g]ładzonym wariantem wyplutym przez internetowy translator, a użycie choćby takiego sformułowania jak “rock dla osób dorosłych” w formie klasyfikatora gatunkowego to raczej li wskazówka, nie jakiś szczególnie jaskrawy przykład ciemnoty i błogiej językowej nieświadomości. Takie skojarzenie tylko. We frazach Pchły da się posłyszeć coś, co budzi swoisty niepokój, podejrzenie, że wypowiedź jest niepewna i niepełna (vide “brać” w utworze piątym czy “inność” w szóstym, gdy zwrócić uwagę na zaproponowane [?!] znaczenia; nie chcę wyliczać dalej), ciężar wysławiania, nie samego wysłowienia, zastanawiającą zgrzebność i niezgrabność. Ponoć mam obsesję na punkcie symetrii, więc przy pewnej specyfice wypowiedzi mógłbym wręcz dostać zawału, ale niech będzie, że gdy zagłębiam się w te teksty, to dokuczają mi tylko zaburzenia rytmu. Teoretycznie wymagają one więcej pracy niż zostało w nie włożone, i to dużo więcej, ale należałoby wtedy podejść do nich bez serca. A to trochę tak, jakby je z nich wyciąć, wyrwać. Zresztą “Opowieść w trzech częściach”, w każdej wręcz straszna (w pierwszej – głównie w swej boleśnie banalnej, w dwojakim sensie, prawdzie), uderza najmocniej, więc równie dobrze można by powiedzieć, że “Transilvanian Hunger” to właściwie dobra płyta, tylko brakuje jej szlifu producenckiego i kilku ładnych, łagodnych melodii.

Tak sobie myślę, co nie jest bez znaczenia (nie, nie to, że myślę, nie jest bez znaczenia), iż to nie do mnie “Album fioletowy” ma dotrzeć, nie mnie obchodzić, a skoro niejako powstaje po nic – jeśli wrócić do rozważań o intencji – czyni to rzecz, być może paradoksalnie, dobrą. Nie wiem jednak, czy nie następuje pewne przesilenie, taki przesyt, i człowiek przestaje wierzyć, a zaczyna coś wietrzyć, więc może i muzyce przydałoby się… powietrze. Jakaś polifonia. Albo zupełne oddanie głosu. Da się wiele powiedzieć o uczuciach własnych, próbując wyrazić potencjalne uczucia, jakie żywi do nas ktoś nam nieobojętny. Jeśli nie zmienia się tonacji, jeśli niczego się nie tonuje, to traci się z czasem impet, czas. Z drugiej strony, nie umiem nazwać dobrą muzyki, która nie służy czyjemuś dobru, a skoro słyszę to samo, co słyszałem przed rokiem, znów to samo rozgoryczenie, to oznacza, że nie jest to żadna terapia, że to żadna terapia, a i sam bałbym się tego słuchać, gdyby nie zapewnienie, że bać się nie muszę. Niczego.

To, co prawdziwe, nie może się ot tak skończyć. To jak w zasłyszanej wczoraj – tragicznie smutnej, ale i zagadkowej – opowieści o biednym gołąbku. Człowiek, który jest… człowiekiem, to zwierzę równie monogamiczne. Pełne oślego uporu i psiego oddania. Dlatego “Album fioletowy” stanowi swego rodzaju łabędzi śpiew.

Może czas na przemianę w brzydkie kaczątko?

A ten nieistotny tekścik powstał tylko z jednego istotnego powodu.

***

Posłuchać można tutaj.

***

PCHŁA, Album fioletowy, wyd. własne



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *