Panowie – Full Automatik (2018)

Czekałem na tę płytę. Długo i niecierpliwie. Nie tylko dlatego, że premierę zaplanowano na drugą połowę grudnia, a single poznaliśmy jeszcze w ubiegłym roku. W końcu tak długa przerwa między przystawką a głównym daniem, potem zaś to jeden (“Wiosenna ofensywa…”), to drugi aperitif (“W sercu pozostaje…”), zaserwowany przez dwóch kolejnych (z) Panów (Adonis, D A V I C I I), pozwoliły nabrać apetytu. Teraz powstaje pytanie, jak smakuje “Full Automatik” i czy jest to, co Panowie wysmażyli, syci.

Pierwsza refleksja: dobrze, że wydawca (Trzy Szóstki) czekał z premierą tak długo, zapewne zdając sobie sprawę, że z jego perspektywy jest to rzecz podobna do finału sezonu dobrego serialu, który wiele osób z uwagą śledzi, więc uderzyć (z) nią na koniec właśnie. Z mojej perspektywy bardziej znaczące będzie odniesienie do sezonów, rozumianych jako pory roku. O ile bowiem wspomniane epki, choć wprost melancholijne, malowały portrety wewnętrzne autorów z użyciem cieplejszych, wczesnoletnich barw (więcej ich w przypadku dzieła Adonisa), o tyle “Full Automatik” to wykonane aparatem bez flesza zdjęcie zbiorowe w nieoświetlonej miejskiej uliczce w bezgwiezdną noc na przełomie listopada i grudnia.

W takich warunkach – ja tam nie wiem, choć ponoć zdjęcia robiłbym ładne – trudno złapać ostrość. Co nie znaczy, że Panowie ją gubią. Za pierwszy razem łapią ją w pełni w “Panu Incognito”, do którego dwie pierwsze ścieżki wydają się bardzo udanymi, owszem, ale tylko przymiarkami. Jest to bowiem hit – także dlatego, że uderza obuchem w łeb – na miarę tych z epki “Zerwane” (najbliżej będzie chyba “Jej serce wyrżnięte ze szkła”). Następnie Panowie ustawiaja sie do fotki nieco inaczej (ścieżki 4-7), tam jednak wychodzą trochę tak, jakby fotograf niechcący przesłonił cześć obiektywu palcem. Albo ten zaparował od mrozu. “Struktura kryształu” można uznać za swego rodzaju przetworzenie “Pana Incognito” (z tą różnicą, że synthy są bardziej… krystaliczne niż syntetyczne), “Prefabrykat” śledzący każdy ruch w obozie zespołu fani znali już od dawna, a pozostałe dwie kompozycje to przerywniki, zresztą wraz z “Wiązaniami” naprawdę ładnie – nomen omen – wiążące (w) całość. W gwiazdorskiej pozie – niemającej nic wspólnego jednak ani z gwiazdorstwem, ani z pozą – obserwujemy chłopaków dopiero pod koniec, w dwóch wspomnianych na początku singlach (nieodkrywający wielu kart, acz bardzo udany utwór “Bez odwrotu”, a także bodaj najlepszy w zestawie numer “Nadejść nocy” z refrenem, którego nie dałbym rady wyrzucić z głowy nawet jeśli bym nie rozumiał ani słowa tekstu). Ironicznie(?) (gorzko[?]) nazwana kompozycja finalna, “Élan Vital”, to właściwie outro idealne. Tam już nie dałoby się nic więcej dodać.

No więc: czy smakuje? Tak. Jest to jednak smak dość subtelny, którego nie da się docenić, jeśli chce się posilić szybko i… bezrefleksyjnie. Ważny tutaj jest także sposób podania, kompozycja składników ma znaczenie nie tylko dla kubków smakowych, ale i pozostałych zmysłów (a przynajmniej ich części). Debiutancka epka wydaje się przy “Full Automatik” wręcz fantazyjna, jakby Panowie wrzucili do garnka wszystko, co mieli najlepszego, a efekt zdumiał być może nawet ich samych. Tym razem wydają się bardzo świadomi tego, co chcą zrobić. A czy syci? Ktoś może zacząć podliczać, że muzyki dostaliśmy tylko pół godziny, a jak odliczyć fragmenty, które nie są tak zupełnie premierowe i przerywniki, to nie zostanie nawet kwadrans. To jednak byłoby niesprawiedliwe.

Wróćmy do metafory (ojej) ze zdjęciem. Tutaj znów można mieć jakieś uwagi, że trzeba było ustawić choćby skromne oświetlenie, może cyknąć choć jedną efektowną fotkę, która poszłaby w świat, żeby przyciągnąć więcej ludzi do zapoznania się z rezultatem całej sesji, że to mimo wszystko rozmyte i nie wiadomo, jak na to patrzeć ani jak rozumieć, że wszystko rozmazują zaszumione filtry, ale… Rozumiem, że to taka konwencja, że hipnagogiczny pop to taki bardziej deviantart niż topowy profil na inście.

A po ludzku? “Full Automatik” to płyta zamglona, a owa mgła prędko może okazać się nieprzenikalna i dusząca. Bardzo wymagające – tak percepcyjnie, jak emocjonalnie – pół godziny, podczas których nasze możliwości poznawcze i tak najpewniej okażą się niewystarczające (bo pewnie nie zrozumiemy tekstów w całości), a owa aura może nam autokratycznie nakazać włączenie sobie czegoś normalnego. Z perspektywy zespołu to z pewnością wyraźny krok w JAKIMŚ kierunku. A może to, że na pewno nie w stronę światła, jest wyłącznie jak najlepszą dla niego wróżbą.

Posłuchać można tutaj.

PANOWIE, Full Automatik, Trzy Szóstki


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *