Ostatnia rodzina (2016)


Beksińscy. W ostatnich latach temat – być może niestety – chodliwy i nośny, więc nie dziwi fakt, że korzystną koniunkturę zapragnęli wykorzystać także filmowcy. Jan P. Matuszyński nakręcił “Ostatnią rodzinę”, kojarzoną przeze mnie do tej pory jako swoisty “zaczyn” Weissowskiej biografii Tomasza. Czy ów redaktor miał powód, by tak się zaperzać, by chcieć “odkłamać” postać młodego Beksa?

Może odpowiedź na to pytanie nie stanowi zasadniczej części moich własnych rozważań, ale przystępowałem do seansu, mając w zasadzie za jedyną wskazówkę właśnie taką recepcję. I świadomość, że powszechny odbiór jest skrajnie odmienny i pozytywny. A co ja mógłbym powiedzieć? Cóż, film nie wydaje się ani wybitnie dobry, ani wybitnie zły (czy zły w ogóle), ale wiem i rozumiem, że można go skrajnie ocenić. Nie nazwałbym reżysera czy aktorów… nieuczciwymi. Co najwyżej zauważyłbym, że zarówno sposób sportretowania poszczególnych członków rodziny (nie tylko sławnej dwójki, ale także Zosi, czyli żony i Zdzisława, i matek obojga małżonków), jak i to “prześlizgiwanie się” po biografii wydaje się dość płytkie. Z drugiej strony, gdy wygłosiłem tego rodzaju osąd, to w odpowiedzi usłyszałem retoryczne i niegłupie pytanie, jak długo w takim razie ten film miałby trwać. Niegłupie, ale “zbywające” jedynie po części. Problem w tym, ze trudno oglądać tę biografię bez znajomości… biografii. I to myślę, że najlepiej pogłębionej znajomości. Logicznego powiązania między wieloma scenami w pierwszej części filmu nie będzie (później stanie się nim pewien logiczny i łatwy do odgadnięcia “refren”), a postaci to banda dziwaków: ojciec zboczeniec i ohydny cynik, matka pozbawiona charakteru i osobowości, syn kwalifikujący się z miejsca do stałego pobytu w specjalistycznym, zamkniętym ośrodku, a na dokładkę dwie nieszkodliwe staruszki. Z tym Tomaszem – że wrócę do książki naczelnego Teraz Rocka – jest najgorzej, to prawda. Wprawdzie po lekturze tamtej książki jedynie utwierdziłem się w przekonaniu, że to niesłychanie antypatyczny typ, niestety niebezpiecznie podobny do mnie, ale tutaj… Trochę można zrzucić na karb kreacji aktorskiej Dawida Ogrodnika, bo już sam sposób mówienia naprzemiennie śmieszy i irytuje, ale podejrzewam, że to naprawdę nie był ktoś taki… No ale rozumiem, że trzeba upraszczać, a to co wyjściowo zwyczajne, czynić atrakcyjnym, więc mamy gościa, który potrafi tylko rozwalać sprzęty domowe, traktować członków najbliższej rodziny jak śmieci, skupiać na sobie w stopniu, który jest nie do wyobrażenia nawet dla mnie i raz na jakiś czas podjąć próbę samobójczą. No a jego poczucie humoru sprowadza się do hajlowania.

Można jednak spojrzeć inaczej, wykazując się przy tym rozwagą i zrozumieniem, której być może zabrakło twórcom. Bardzo podoba mi się myślenie i obrazowanie za pomocą statycznych, ascetycznych kadrów. Często patrzyłem na nie tak, jakby postaci były jedynie jednym z elementów, niekoniecznie szczególnie istotnym. Proste, bardzo często statyczne ujęcia, w którym pozornie nie zawiera się nic istotnego. Świetnie kontrastują ze sprzężeniem napięć wewnętrznym, jednocześnie je potęgując. Potęgują także napięcie u widza. Był taki film. Nosił tytuł “Miłość”. Nakręcił go Michael Haneke. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o samą opowieść, której znaczenie chyba w obu przypadkach jest marginalne (albo sam je marginalizuję, bowiem nieszczególnie zajmują mnie historie), to produkcje naturalnie bardzo różne, ale równie intymne, w pewnym sensie wysmakowane i wywołujące wyraźny dyskomfort. Taki, o który naprawdę trudno. I właśnie to uczucie zbliża je do siebie. Drugą część “Ostatniej rodziny” ogląda się z zainteresowaniem, mimo że wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. I może właśnie o ukazanie tego “zmierzania”, tego zmierzchu chodziło… Jeśli tak, to się udało.

Nie wiem, czy mogę z czystym sumieniem polecić lub odradzić “Ostatnią rodzinę” tym nielicznym, którzy jeszcze filmu nie obejrzeli. Wszystko zależy od tego, co chcą zobaczyć. Bo jeśli pragnę poznać rodzinę Beksińskich, to lepiej zacząć od równie(ż) niedoskonałej reportażowej książki Magdaleny Grzebałkowskiej. Można nawet bez większej straty na niej skończyć. Tym zaś, którzy pragną rozrywki, zalecałbym raczej spacer po parku. Właściwie pozostają ci, którzy chcą sięgnąć głębiej, ewentualnie spojrzeć inaczej, z wyrozumiałością i uwagą. Jak przełkną Ogrodnika, to pozostali aktorzy ani to, co dzieje się na ekranie, nie powinno im szczególnie przeszkadzać. Naprawdę dobra i wartościowa produkcja. Jednakże pod pewnymi warunkami. Albo wręcz mimo wszystko.

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *