Opeth – In Cauda Venenum (2019)

Kiedy (u)znany metalowy zespół postanawia odciąć się od korzeni (albo chociaż mocno, jak to się mówi, złagodzić brzmienie), reaguję na to zrozumieniem. A często wręcz z radością, jeśli czuję, że wyrósł ze stylistyki – być może niedojrzałej – z której… wyrósł. Tak samo było w przypadku Opeth. Osiem lat po “Heritage”, i trzy płyty później, mogę podkreślić jedno: było.

Album z 2011 roku jest może nieco pokracznym zlepkiem pomysłów, ale po pierwsze, panowie nie bali się… pomyśleć i pokombinować, a po drugie, to były często pomysły dobre, warte rozwinięcia (te wszystkie subtelności, wycieczki w stronę folku czy nawet jazzu). A tymczasem w jakim miejscu znajduje się Mikael Åkerfeldt z zespołem? Cóż, można powiedzieć, że gdy wówczas zrobili odważny, acz niepewny krok naprzód, to teraz postawili ją z powrotem w dawnym miejscu. Przy czym Opeth gra teraz Opeth, ale w wersji pozbawionej tego, czym Opeth jest dla fanów Opeth, jakby zawierając jej esencję bez zrozumienia tego, czym ona jest. “In Cauda Venenum” to album rockowy nagrany przez metalowy zespół, który nie umie ani przekonująco wcielić się w grupę z epoki (z lat 70.), ani odegrać samych siebie. Więc sobie gra. Jakby grał wierząc, że coś się z tego wyklaruje, że z tych bezbarwnych riffów i solówek (“bezbarwny” to naprawdę mocne określenie w kontekście tej retrostylizacji), z okropnie męczących wokali (ej, facet kiedyś CHYBA potrafił śpiewać, albo przynajmniej próbował, zamiast… nie wiem… piszczeć[?]), z melodii, które ani na chwilę nie chcą pozostać w głowie, z tego, powstanie coś, co nie zabrzmi jak uporządkowany zapis nieinspirującego jam session (względnie jakiejś próby). Jak to możliwe, że mają na swoim koncie “Damnation” (2003), czyli płytę pełną ładnych, sprawnie skomponowanych progrockowych ballad, które w sprzyjających okolicznościach mogły nawet poruszyć – nie wiem.

Oczywiście gdybym chciał napisać pochlebną recenzję (pewnie kilka takich przeczytam – choćby w “branżowej” prasie), to mógłbym wspomnieć, że od razu słychać, kto gra. Że wystarczy dowolny krótki fragment dowolnego utworu. Że mają niepodrabialny styl. No dobrze, już nawet pomijając to, że ów styl nie musi się podobać, i że to trochę zjadanie własnego ogona, mogę tylko zauważyć, że ten styl jest tak niepodrabialny, że sam Opeth tworzy kopię, podróbkę, taką półamatorską i bez większego postarania. Dopiero co wyszła płyta Diagonal, “Arc”.

Nie jestem fanem “Sorceress” czy “Pale Communion”, ale da się z tych albumów wyłowić fragmenty, do których wrócę bez bólu (“Eternal rains will come”, “Era”). I choć raz mogę napisać z pozycji – powiedzmy – fana, że jestem nie tyle rozczarowany (bo to, co usłyszałem, mogę skwitować tylko krótkim “no tak”), ile smutny. Podobnie czułem się po usłyszeniu “Old Star” Darkthrone. I nawet jeśli nie mówimy o nagraniach beznadziejnych, to mnie nadziei pozbawiły.

Opeth to dziwny zespół. Lubię większość ich płyt – przynajmniej większość z pierwszych dziesięciu – ale do większości z tych lubianych nie mam potrzeby wracać. Może miałem miałem ochotę sięgnąć po “In Cauda Venenum”, ale nie wiem, czy po “In Cauda Venenum” będę miał ochotę sięgnąć po kolejne albumy.


OPETH, In Cauda Venenum,
Nuclear Blast

(skala ocen: 0.5-5.0)