Oki – 47playground (2020)

Być może sztuka rapowa to nie sztuka. Tutaj mógłbym postawić kropkę. I postawiłem. A mogłem dokończyć myśl. Może sztuka rapowa to nie sztuka – jako u Bonsona – robienia sobie wrogów. Być może sztuka rapowa to sztukowanie słów. Do rymu, czasem do rytmu, rzadko z taktem. Tu przyśpiesz, tam zwolnij. Tam krzyknij, tu zaśpiewaj.  Oki, Młody Wilk Popkillera (siódma edycja), jest w tym… oki.

Na swoim drugim albumie, “47playground”, nie operuje innym zasobem leksykalnym niż koledzy, ale nawet jeśli jest on skromny, a poetyka tekstów – (nie)odpowiednio zredukowana, to korzysta z niego z większą skromnością niż spora część kolegów. Nie wchodzi w jakieś wysokie rejestry – przynajmniej myślowe – ale nie schodzi poniżej poziomu, który jest poniżej poziomu dna, a znalazłby tam kompanów. Jeśli nawija o kiepskich raperach, to nawija, że raperzy są kiepscy. Jeśli o chęci pomocy dobrym ziomkom, to nawija, że chce pomóc dobrym ziomków. Podobnie gdy chce podzielić się emocjami, na przykład smutkiem. Wtedy dowiadujemy się, że jest smutny. Brzmi trochę tak, jakby mógłby brzmieć Bedoes, gdyby nie był Bedoesem. I gdyby był oki. Albo gdyby był Okim.

Może polscy (t)raperzy traktują (t)rap jako konwencję. Może dlatego mają problem z tożsamością. By identyfikować się jako mężczyźni, muszą być “męscy” (czyli seksistowscy – w tekstach); by identyfikować się jako (t)raperzy, nie mogą być sobą. Ich kreacje mają w sobie raczej coś z chorobliwych majaków niż z literackich/filmowych kreacji, to nie role, z których się łatwo wychodzi. Oki jest… chłopakiem. Na szczęście. I – znów na szczęście – nie zostało powiedziane, że dobrym. Słowotoku, jaki prezentuje, słucha się bez emocji (włączając w to uczucie przyjemności), momentami z trudem, ale bez poczucia, że ten potok jest szambem. A to już naprawdę sporo. A że muzyka jest skrajnie nieinteresująca, i pozbawiona treści, to nic takiego. Od czegoś trzeba zacząć.


OKI, 47playground

(skala ocen: 0.5-5.0)