O.S.T.R. – W drodze po szczęście (2018)

Koniec lutego, a więc O.S.T.R. wypuszcza nowy album. Czy czasy, kiedy rzeczywiście się czekało, wyczekiwało, by potem z autentyczną ciekawością posłuchać, nie minęły? A jeśli minęły, to czy mogą wrócić?

Otwieracz udowadnia, że O.S.T.R. nadąża. Za młokosami, którzy mogą najwyżej próbować go doścignąć. Mimo znajomej dykcji, która wydaje się teraz czymś w rodzaju nawyku, przyzwyczajenia, ostatnim pomostem łączącym tę płytę z tymi klasycznymi. “W drodze po szczęście” wydaje się uwspółcześnioną (sic!), okrzepłą wersją “Życia po śmierci”. Nadal jest to stan pewnego zachłyśnięcia, urzeczenia, euforii. Godne pochwały jest to, że proste wersy nie odrzucają banałem, nie budzą reakcji w stylu “mhm, akurat”. Może dlatego, że nie mają być uniwersalne i pokrzepiające, tylko są wciąż egotyczne.

Jeśli choroba, a raczej wyjście z niej, coś zmieniło – nie wiem, czy na dobre, ale na lepsze – to porządek wysłowienia, co było wyczuwalne już poprzednio. A właściwie zrodziła porządek, jakże ogranie, z chaosu. Nawet jeśli to wciąż słowotok, i to słowotok w pewien sposób hermetyczny, nieangażujący, to słów, które jedynie domykałyby linijki, byłyby, by być, jest wyraźnie mniej. Nie odczuwa się bełkotliwości, zapewne wyrosłej z przeszłości fristajlowca, a rzeczywistą chęć powiedzenia czegoś, co tu i teraz wydaje się najważniejsze. O przemianie, o chorobie. O tym wszystkim, co (szczęśliwie!) minęło. O najprostszych rzeczach. O radości tworzenia. Problematyczny z powodu pewnych akcentów (samego akcentowania czepiał się nie będę, to już chyba wpisane w ten gatunek) wydaje się tylko singlowe “All my life” (nie chcę wyliczać wyliczeń), ale i to przełknę. Co do reszty, to nie muszę jej łykać. Ważne, że nie staje w gardle. Zresztą bilansuje to puenta w postaci “All awake”. Już poprzednio zastanawiało mnie, dlaczego takich utworów właściwie nie było. Teraz nie wiem, czemu jest tylko jeden taki.

Nie zwróciłem na to uwagi poprzednio, teraz mogło mi coś umknąć, ale dotarło do mnie, że nie słyszę… wulgaryzmów. Nie jestem przeciwnikiem karczowania języka kosztem pełni wysłowienia, więc uważam, że teksty artystyczne wymagają takiego języka, jaki przystaje do treści utworu, a sztuczne osłabianie go osłabia samo dzieło. Spotkałem się sam niedawno z zarzutem, że w czymś, co napisałem, należałoby wykreślić przekleństwa (było ich bardzo niewiele, pełniły istotne funkcje), którego pochodzenie ktoś, komu ufam, gdy idzie o czytelnicze kompetencje, bardzo precyzyjnie określił (“jest z dupy”). Równie bezsensowne byłoby czepianie się tego, że język, jakiego używa O.S.T.R., nie jest dość… ostry. Jest adekwatny.

W ogóle nie bardzo jest się czego czepiać. Chyba że pewnej przezroczystości. Podejrzewam, że to, co obecnie tworzy O.S.T.R., po prostu nie jest dla mnie. Przy czym wypada zauważyć, iż podciągnął się warsztatowo. Zmienił. Może ukształtował. Utracił jednocześnie część siebie, nie tylko w postaci ważnego organu, część swojego nieprzejednania, ale nie sądzę, by on sam mógł do tego tęsknić. Cóż mi jednak z rapera, mądrego rapera, który w dodatku umie mówić, skoro mam obawy, że nie powie już nic istotnego? Thích Nhất Hạnh powiadał, że nie ma drogi do szczęścia – to szczęście jest drogą. Jeśli jednak ta droga istnieje, to wypada tylko życzyć Adamowi Ostrowskiemu, by niestrudzenie nią podążał. Choćby to oznaczało, że nasze drogi w relacji artysta-słuchacz się rozejdą.

O.S.T.R., W drodze po szczęście, Asfalt



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *