O.S.T.R. – Gniew (2020)

Boję się Ostrego. Nową płytę zatytułował “Gniew”, choć bardziej pasowałaby “Frustracja”. Albo “Zagubienie” czy “Zapętlenie”. Ostry jest straszny.  I robi strasznie niedobry rap.

Mam swoje (z)jazdy, właściwie to ciągłe szusowanie w dół niekolorowym wzgórzem, ale jeśli muzyka odbiera mi resztki chęci do pisania – nawet o tym, jaką czuję niechęć – to jest coś na rzeczy. Musi być. To, co zaprezentował łodzianin, jeśli zasługuje na komentarz, jest pomieszaniem z poplątaniem. Grochem z kapustą i flakami z olejem – jeśli trzymać się powiedzeń. Adam Ostrowski przedstawia się tutaj jako głowa rodziny, choć można odnieść wrażenie, że oznacza to bycie szefem wszystkim szefów, a nie (tylko) mężem i ojcem, a Łódź jawi się jako miasto jeszcze bardziej nieprzyjazne niż podzielona na getta, w których rządzą bezwzględne gangi Bydgoszcz. Od krwawej pomsty na urojonych wrogach – także na wrogach rapu, tak zwanych ‘lamusach bez przekazu – powstrzymuje go tylko brak broni. Kobiety w tym męskim, pełnym przemocy, narkotyków, twardym świecie, w którym rządzą uliczne zasady, nie są postaciami pozytywnymi. Chyba że mowa o anielsko pięknych tancerkach w klubach nocnych, ale tych – jak można sądzić – nie warto jednak pod wpływem wywołanego odurzeniem udomawiać, (wersy “lepiej mieć w domu dwóch złodziei niż jedną k***” mogą zastanawiać w kontekście biografii autora). Nie są może całkiem pozbawione uczuć (“niejedna straciła dziewictwo robiona przez pięciu / teraz ciężko jej stanąć przed lustrem”), ale same ich nie budzą. Słucha się tych impresji, tych kolorowanych niewprawnie obrazków, na których postaci mają obrysowane węglem kontury, a tło jest całkiem rozmazane, z mieszanką niedowierzania, znużenia i niechęci. Produkcja jest dobra, prawie tak dobra jak przed laty (sampel z “Velvet sunsets” Music Emporium w “Lęku wysokości” – super, naprawdę super!), ale O.S.T.R. jako raper się zgubił, błądzi. Być może błądzi przede wszystkim myślami, wracając do czasów – powiedzmy – ulicznych, jakby to, co ujmował w wersach, było tylko palącą tęsknotą za dawnym życiem (a może za życiem poprzednim?), którą bezskutecznie gasi wartością w postaci rodziny (tutaj wiodącą postaciami – w odróżnieniu od “Instrukcji obsługi świrów” – są synowie, nie Zona) i równie niezgrabnie odcinając się (poprzez rap!) od rapu, który jest podsycającym płomienie tlenem. Słucha się tego albumu z nieukrywaną przykrością. Momentami odnoszę wrażenie, że Ostremu wydaje się, iż jest dwa razy młodszy (jedynie nie zdradził zasad ani ulicy, której jest bogiem, nie włożył rurek i nie wjechał na autotunie), a przy tym zachował bagaż życiowych doświadczeń i mądrości.

Tylko snuje się z nim smętnie przez ulice pełne duchów.

O.S.T.R., Gniew, Asfalt

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz