W stereo

N. Mamy sześć dni poślizgu, wliczając dzień publikacji tej notki, ale liczę, że nie będziemy na szarym końcu i ktoś akurat od nas dowie się czegoś o nowej płycie Noona. Albo o fakcie jej powstania… Licho wie, może nawet trafi się taki, który nigdy o nim nie słyszał i przypiszemy sobie zasługę na polu edukacyjnym. Jeśli AL-GO-RYTM(y) popularnej wyszukiwarki i portalu społecznościowego będą na tyle łaskawe i pozwolą chociaż kilku zabłąkanym w Internecie duszom przeczytać te słowa.

K. Prawdę mówiąc, liczyłem na to, że dowiem się czegoś o niej od Ciebie, bo jak sama powtarzasz, mądrego dobrze posłuchać, a ja czuję się zagubiony. Słucham i słucham, i słucham, i nie umiem powiedzieć wiele więcej ponad to, że mi się podoba, nawet bardzo, i że obecna aura – zapewne niezbyt przyjemna, ale słońce świeci, niebo czyste, ciepło – wydaje się idealna do kontaktu z tą muzyką. Dlatego przychodzę do Ciebie jak ktoś, kto się zagubił i chciałby z kimś porozmawiać o kwestiach fundamentalnych.

N. Mam wrażenie, że jesteś jedną z tych dusz, o których wspomniałam, skoro zakładasz, że mogę Cię czymś zaskoczyć, kiedy w grę wchodzi wiedza o muzyce, a właściwie jej odczuwanie. Przyjmijmy na potrzeby tej notki, bo nie będziemy się licytować w każdym akapicie, że nasze zmagania (ze sobą) i z płytą Noona to symbioza na podobnej zasadzie jak wędrówka ślepego, który wiódł kulawego. “Wędrówka” – to może być słowo wiernie obrazujące klimat “Algorytmu”. Jeśli jednak ktoś myśli (bo nie zna twórcy), że miejsca, w które zabiera Noon, to te same, co to takiemu jednemu pachniały jak szlugi, kalafiory i mięso smażone w smole, to niech lepiej przestanie i po prostu posłucha. To jest płyta człowieka, który dokądś doszedł. Może zbyt odważnie byłoby nazwać to celem, ale znalazł się tam, gdzie już można w spokoju przysiąść na kamieniu albo krawężniku, wysypać z butów żwir z piaskiem i rozejrzeć się ze statecznym zdziwieniem (?) właściwym ludziom, którzy wiele widzieli, nie wszystko im się podobało, ale świat im nie obrzydł.

K. Właśnie: miejsca. Jest takie powiedzenie, żeby nie mylić z czekoladą tego, co to z czekoladą pomylić byłoby… niesmacznie, ale klip do “Rian” klipem do “Rian”, samo (s)kojarzenie postaci z pewnym konkretnym wycinkiem rzeczywistości skojarzeniem, a tymczasem nie wiem, gdzie jestem, dokąd prowadzi… droga, w ogóle nie czuję się… uziemiony, a okładkę, której połowę – tak na oko, nie chcę sięgać po przyrządy – zajmuje wycinek nieboskłonu, chyba uznałem podświadomie za mapę podróży. Nie wiem, czy nie jest to podróż duchowa, niekoniecznie ze względu na udział Adama Struga (do którego nic nie mam, ale już się boję otworzyć lodówkę, bo gdzie skieruję uwagę, tam on próbuje ją na sobie skupić, co zresztą mu się udaje; może takie moje szczęście, że i w prasie go widzę, i słyszę ciągle w radiu, i wciąż skądś spoziera, i o czymś mówi), tylko jako swoista antyteza zasadniczej części dotychczasowej solowej twórczości Noona, próba przepisania siebie, zamiast bycia przypisanym… do miejsca. Owo dochodzenie, czy właśnie przystanięcie, dobrze oddaje to, czego nie umiałem (wy)powiedzieć. Wcale nie dlatego, że sam artysta, zważywszy na jego pozycję i dokonania, naprawdę nie musi nikomu niczego udowadniać. Może dlatego dużo tu spokoju, pewności, czegoś, co nazwałbym łagodnym urzeczeniem. I światła, naturalnego światła.

N. Inne powiedzenie uczy, że mężczyzn ponoć ocenia się po butach. Dodam do tego jeszcze, że konkretnie po tym, co z nimi robią: jedni, tak jak Noon, zdejmują, żeby pozbyć się uwierających drobiazgów, pozostałości po długiej podróży, inni natomiast nie zdejmują, nie wiem, czy dlatego, że są za drogie, żeby nimi rzucać, czy są świadomi, że nawet do tego się nie nadają, rezygnują i udają się na rajd po szotbarach. Skoro AS (jeden o takich inicjałach już jest, też ponoć nic do niego nie masz:P) Cię prześladuje, to dajmy mu spokój (może być tak, że inni też mają przesyt) i wspomnijmy o Karolinie Rec, której udział jest słyszalny i warty docenienia, bo przecież wszystkie całości od początków świata składają się ze szczegółów. Lubię wiolonczelę, podoba mi się wiolonczela i co mi zrobisz? Znam tę Panią co prawda tylko z opowieści, ale zawsze z przyjemnością odnotowuję sukcesy osób, o których kiedyś ktoś wspominał, że poświęcają się swojej pasji bez reszty, tym bardziej kiedy okazuje się, że wybór takiej DROGI był jedyny i słuszny. Poza tym nie mogę pozbyć się wrażenia, że na tej płycie wybrzmiewa autentyczna ulga, która przyszła z wnioskiem i przekonaniem, że droga naprawdę prowadzi donikąd. Czy nic jest gorsze od wszystkiego?

K. Nie chcę czynić hermetycznych aluzji i uciekać w dygresje, więc o butach nie będę wiele mówił. To temat na inny tekst – choć może pisany odręcznym pismem.;) Rzecz w tym, ponoć nie od dziś, skąd się przychodzi i dokąd zmierza, bo nie sądzę, by to był kres. Nie przy tak szerokich horyzontach. Można iść boso, nie oglądając się nawet, czy ktoś podąży po miękko odciśniętych śladach. Powrót po własnych jawi mi się w przypadku Noona jako niemożliwy. Wykonalny, ale nielogiczny. I skoro już mowa o gościach, to wspomniałbym jeszcze o Stefanie Wesołowskim, którego prowokacyjnie nazwę pupilkiem Gazety Wyborczej (zwyciężył w tamtejszym plebiscycie na polską płytę roku 2017), bo mnie z kolei bliższe od wiolonczeli jest pewnie pianino. Na szczęście dla bogu ducha winnych osób, to miłość wyłącznie platoniczna. Zresztą z pewnością pozostałaby nieodwzajemniona. I gdyby nie ją w to mieszać, i nie mieszać w to także wiary i nadziei, to może drogą jest… droga? Jak bowiem pytał inny warszawiak, “no bo czy sensem jest bezruch, czy pęd ku / ciągły ruch, czy stanie w miejscu tak bez sensu?”.

N. Ciekawe, kto dotrwa chociaż do połowy tego tekstu, bo o płycie to napisaliśmy łącznie ze trzy zdania. Może za dużo słuchałam “Algorytmu” i teraz piszę dla samego pisania, bo dlaczego nie, skoro droga jest drogą stworzoną by po niej chodzić i chodzenie jest celem tak samo dobrym jak każdy inny.

K. Myślę, że gdybym został z tym zostawiony sam, sam sobie, toby nie było żadnego z tych trzech zdań. Ważne, że jak sądzę, to najważniejsze zdanie mamy jedno, wspólne, co pewnie może Cię dziwić. Bo jednak trzeba wartościować. Nawet jeśli po prostu się idzie, to może być to pochwałą chodzenia.

N. Nazwijmy to w takim razie pochwałą chodzenia przy pomocy pisania.:) No i pochwałą Noona, bo ja to tu tylko sprzątam, chociaż gościowi nie wypada się za to zabierać, a gospodarzowi nie godzi się na to pozwalać.

***

Posłuchać można tutaj.

***

noon
NOON, Algorytm, Nowe Nagrania

4.0

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *