Nocny Kochanek – Randka w ciemność (2019)

Nie wiem, czy wypowiadał się wówczas pan Walaszek, czy pan Połać, ale pamiętam słowa o tym, że należy przedzierzgnąć się z jajcarskiego heavy metalu (Nunczaki Orientu) w kapelę disco polo (Bracia Figo Fagot), by wyjść poza granie utworów do krótkich animacji. Nocny Kochanek również wyszedł od (z?) “Kapitana Bomby”, ale wystarczyła w tym przypadku zmiana szyldu na swojsko brzmiący. I ta muzyka porusza do tego stopnia, że sięgają po nią nawet takie osoby jak ja. Czyli będące programowo na “nie”.

Zatem zalety, jakie posiada nowa płyta kapeli, “Randka w ciemność”, już omówiliśmy. Ale przyjmijmy, że znów mam 16 lat, wróciłem z rekonesansu po pobliskich terenach zielonych, podczas którego w towarzystwie kolegów nadużywałem alkoholu, a za tło muzyczne całego przedsięwzięcia służyły nam ostre i drapieżne, pełne poczucia humoru utwory Nocnego Kochanka. Rzucaliśmy przy tym wulgarne, czytelne dla podchmielonych kompanów seksistowskie żarty, które właśnie podłapaliśmy (a nóżka każdemu chodziła, bo i muzyka chwyciła), zaśmiewając się przy tym tak, że pewnie i na oddalonym o kilkaset metrów osiedlu ktoś mógł nas usłyszeć. Jednak głośnik bluetooth wył głośniej.

Wzruszamy się, bo przecież mamy też uczucia, przy takich wersach jak “wysłała kilka nagich zdjęć / na oko rocznik ’95”, ale któryś rzuca, że lepiej byłoby choćby ’97. Wówczas płynące po policzkach łzy można już usprawiedliwić rozbawieniem. Bo przecież każdy z nas nie mógł spać – lub spać nie będzie mógł – przez taką jak ta Andrzela z piosenki. Niezależnie od tego, czy podobnie jak ona będzie mieć “na dole zakręcony włos”.

[autor recenzji w tej chwili czuje, że choć byłoby to nieprofesjonalne, a on sam nie w zwyczaju tego robić, to powinien wspomagać się przy słuchaniu]

Oczywiście wszyscy kochamy celtycki folk, zaczytujemy się w Tolkienie, uczymy się grać na gitarze “The bard’s tale” Blind Guardian, poza tym głosowalibyśmy na Korwina, gdybyśmy mogli (to tylko tak na marginesie), więc chłopaki z nas wrażliwe i mądre. I przy “Koniu na białym rycerzu” maszerujemy przez mroczną knieję tanecznym krokiem. Zachwyceni nie tylko maestrią muzyczną Night Mistress, ale i tym, jak można wpleść w baśń o zacnym rycerzu, jego koniu i królewnie subtelne (i smutne) wątki erotyczne. Niektórzy z nas, którzy słuchają już Burzum i Dimmu Borgir, zaśmiewają się okrutnie przy “Czarnej czerni”. Reszta kompanii spogląda na nich z pewną zazdrością, ale to właśnie kapeli ze Skarżyska-Kamiennej będzie zawdzięczać poszerzenie horyzontów.

Uprawiając trudną sztukę wudżitstu, marzymy więc o tym, by wyglądać jak z Manowara (choć “w spodenkach smuga cienia mknie”) i łamać serduszka czarnych jak bezgwiezdna noc niewiast. W drodze powrotnej któryś z nas – ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń – zwraca kilka ostatnich posiłków do przecinającej łąki rzeczki.

Jest sobota, 12 stycznia. Coś równie mógłby nagrać najwyżej DragonForce, ale to w składzie z pierwszym wokalistą, więc my naszą płytę roku już znamy. Najlepszy polski zespół wszechmetalowy nie zawiódł oczekiwań. Brawo.


NOCNY KOCHANEK, Randka w ciemność, wyd. własne

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *