nieznane / zapomniane: Ziyo – Ziyo (1989)

ziyo

Pisanie o muzyce jest dla mnie często pisaniem pretekstowym. Ale muzyka zawsze stoi przed tekstem, więc niezależnie od tego, co spontanicznie zaimprowizuję, przedmiot jest ważniejszy od podmiotu. Tak się trochę zawczasu tłumaczę, bo wiem, co mi się w głowie układa, gdy komponuję tamże notkę o imiennej płycie tarnowskiej grupy Ziyo.

W czasach dogorywania poprzedniego blogu, który parę osób pamięta, działy się tam – z mojej perspektywy – rzeczy dziwne. Cały problem polega na tym, że nie można komuś zabronić wstępu, a jedynie wyrazić wprost, że nie życzymy sobie odwiedzin danej osoby. Gdy to nie działa, człowiek ucieka się do komunikowania we wpisach takich treści, które nie zostaną wychwycone przez pozostałych czytelników, ale będą wnykami, w które nasza niepożądana duszyczka niechybnie wpadnie, raniąc się boleśnie. Przykładowo, odnosząc się merytorycznie do obejrzanego filmu, spytam retorycznie, jak można nie zakochać się w dziewczynie o niebieskich włosach. Albo zostawię ślady śladów, które pozostawił po sobie we mnie ktoś inny. Albo zadrwię, bo we mnie sentymentalizm miesza się z pamiętliwością. Teraz to już nie zadziała, skoro ostatecznie byłem zmuszony pozbyć się prowadzonego – nie twierdzę, że z wielkim powodzeniem – przez ponad siedem lat blogu. Wyłącznie po to, by mieć względny spokój. Dowiedziałem się przy okazji, że to zbrodnia, i że byłbym zdolny do każdej podłości, ale to takie tam. Zmierzam do tego, że planując wówczas napomknienie o tej płycie, ułożyłem sobie sformułowanie, utrzymane w podobnym duchu do tych wzmiankowanych, zgodne z prawdą i bardzo złośliwe, że to moja ulubiona rówieśnniczka. Zamiast tego, jak piszę bez sprawdzania, coś tam opowiadałem o tym, że nie rozumiem, dlaczego pozostaje poza ścisłym kanonem szeroko rozumianego polskiego rocka tamtych lat. Bo nie rozumiem. Nazwę zespołu powinno się wymieniać jednym tchem wraz z Siekierą czy Kultem. I mniej więcej, mocno upraszczając, tam lokują się te dźwięki. Wiem, że tak sobie można gadać, ale gdyby “Ziyo” nagrała wówczas grupa Kazika Staszewskiego, to podejrzewam, że spora część fanów uważałaby to dzieło za najwybitniejsze w jego dorobku. Nie zawsze oczywiste i naprawdę dobre teksty, chłodny, przesiąkniętą miejską, późnojesienną melancholią klimat i to coś, co trudno nazwać, a pewnie jeszcze trudniej uchwycić w samej muzyce.

Tak się dziwnie poukładało, że sporo naprawdę ważnych nagrań poznałem w pierwszej połowie maja ubiegłego roku. Gdybym nadal starał się zastawiać wnyki, gdybym nadal nie czerpał najmniejszej przyjemności z samego pisania, pewnie i to bym odpowiednio “wykorzystał”. Ale myślę, że w tym przypadku to w każdym możliwym sensie zupełnie bez znaczenia. “Ziyo” nie wiąże się z żadnym czasem i sentyment nie odgrywa żadnej roli w tym, jak tę płytę odbieram. A myślę, że spokojnie umieściłbym ją pośród – powiedzmy – dwudziestu ulubionych krążków nagranych w naszym kraju. A że znam ich nieco więcej niż dwadzieścia, to ma jakieś znaczenie. Jest kapitalny. Tak po prostu. Ale nie wierzcie mi na słowo.;)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *