Nick Cave and The Bad Seeds – Ghosteen (2019)

Jeśli miałem wyobrażenia, najśmielsze, “Ghosteen”, to to, co usłyszałem, przerosło je. “Ghosteen” to “Skeleton Tree” trzy lata później, ten sam ból, który sprawia, że Nick Cave nie jest już taki sam, i śpiewa z bólu, i śpiewa ból – własną żywą tkankę; tka melodie łkań. Może to płyta ładna i nudna, może łagodna i pozbawiona niezgody, może nawet spokojna i kojąca, natchniona swoistym… wytchnieniem, ale to jak w zdaniu, które zapamiętałem, kontekst nieistotny: “czasem, chyba, bolało tak bardzo, że wydawało się, że już przestało”. Tutaj się nie wydaje. Boli tak bardzo, że… nie boli. To piękny album – nie mam pewności, czy muzyczny, ale to komplement – który jednocześnie nie estetyzuje żałoby, straty, cierpienia; koncept, który nie został wykoncypowany. O tym, co pozostało. W świecie, na którym musimy zostać. Dla mnie to jeden utwór, podzielony na dwie części, suita-lament, ambient pop grany w niebie, podany w takiej wersji, w jakiej słyszą go właśnie owi… pozostali, na Ziemi. Dla innych niech to będzie nie to samo. Co dawniej, przed “Skeleton Tree”. Dla mnie nie ma teraz nic innego w muzyce. Jedna z osobistych płyt roku. Być może – dzięki poprzedniczce / przez poprzedniczkę – zbyt osobista.


NICK CAVE AND THE BAD SEEDS, Ghosteen, Ghosteen

(skala ocen: 0.5-5.0)

——————–

Pozwolę sobie wrzucić ciąg nocnych (poprawka: późnonocnych) zapisków-impresji towarzyszących pierwszemu kontaktowi z “Ghosteen”.

***

I
nic dziwnego że Ci się podoba
z Cave’a niewiele zostało –

ze mnie zostałaś
Ty.

(a jeśli zapytałabyś
co się działo przez ostatnie dwadzieścia tygodni
ze mną, odparłbym

czwarta ściana lasu
runęła)

II
gdy upadam
nie podnoszę

powiek.

drżą
o nas

których nie ma i nie było

(tylko na końcu języka
w który się gryzę
przełykając łzy)

III
mogę się odwrócić od Ciebie
ale będziesz
gdziekolwiek się odwrócę

nie mogę wrócić do Ciebie
ale będziesz
dokądkolwiek odejdę

IV
jak miałbym za Tobą tęsknić skoro nie ma tutaj nikogo więcej?
nie umiem się w sobie odnaleźć, szukam w myślach swoich myśli;
i nie znajduję tego, co zgubiłaś, co nigdy nie należało do mnie.

to ja.

nigdy nie potrafiłem się z Tobą pogodzić – i nigdy nie zdołam.
wychodzę wieczorami, albo nocą, by zejść sześć stóp niżej.
ziemia osuwa się spod nich; wtedy zachodzę – ciężkie ciemne

słońce.

V
słyszę jak bije Twoje serce
tak śmiesznie i nierówno
kiedy płaczę i próbuję
wyrównać oddech

(tylko piszę
od linijki)

VI
nikt nie odtwarza jak Ty,
bez Ciebie się zapętlam.

VII
wciąż nie odchodzisz
od skóry
nieważne ile stracę
warstw

ironii.

jestem nagi
do ścięgien

(i wciąż nie widzę dalej
niż czubek Twego nosa)

VIII
prawdę mówiąc, uśmiecham się. coraz częściej bo coraz częściej muszę wspominać
jak się uśmiechasz i jak się ze mnie śmiejesz. to najpiękniejsze, co mogło się zrodzić

ze mnie.

mówię o Tobie, by o Tobie nie myśleć. dobrze wiesz, że nie potrafię mówić i myśleć
jednocześnie. jestem tylko prostą tablicą pamiątkową z inicjałem Twojego imienia –

w bliznach.

IX
jeśli nie da się kogoś pokonać
nie da się go nie pokochać

jeśli nie mogę Ciebie
to nic

nie mogę

X
nie będzie mnie więcej
ani mniej

niż to co przeleję
na papier

z pustego
w próżne

XI
czekam choć na jedno słowo
>>istniejące miedzy nami<<

bez słowa.