Najgorsze polskie płyty – (w)top 10 dekady (2010-2019)

Najgorsze polskie płyty. Dekady. Wyszło jak wyszło. Taka kompilacja.

Andrzej Stasiuk & Haydamaky – Mickiewicz-Stasiuk-Haydamaky (2018)

Ograniczę się do dwóch zdań. Mógłby śpiewać (tia…) inne teksty. Mógłby śpiewać po prostu ktoś inny.

Chociaż nie, ja bym nie mógł. Bo wtedy nie mógłby kto inny. Ze śmiechu. Gdyby posłuchał.

Albo niech będzie, jednym słowem: koszmar.

Taki… ziszczony. Zniszczony.

Do Haydamaków nic nie mam. Grają, jak umieją. Umieją, pewnie. Pewnie umieją. To zwyczajnie nie moje, nie dla mnie, nie mnie. Ale pan, panie Stasiuk, pan…

(głęboki wdech, głęboki wydech)

Przez jego książki dało się przebrnąć. Może bez istotnej przyjemności, może z istotnym trudem, ale dało się. A tutaj… Jejku no, ech. To mało powiedziane, że Stasiuk nie jest Świetlickim. A ze Świetlickiego przecież żaden wokalista. Powiedzieć, że nie jest Świetlickim, to tak naprawdę nic nie powiedzieć.

Gdyby ktoś chciał umyślnie nagrać płytę, którą mógłbym uznać za jedną z najgorszych, jakie słyszałem, to mniej więcej tak mogłaby ona brzmieć. I też śpiewaliby tam dużo po ukraińsku (albo po rusku, ale tu po ukraińsku).

Agnieszka Chylińska – Forever Child (2016)

Pomieszanie starego z nowym. Groch z kapustą. Śledź w czekoladzie. Nie wiem, czy ktoś naprawdę nie słyszał, co tu się wyprawia. Chyba że to naprawdę działa i udaje się nie tylko podtrzymać obecny status popowej gwiazdy (nie słucham komercyjnych rozgłośni radiowych, nie sprawdzam, ale podejrzewam, że grają utwory stąd na okrągło), ale zjednać sobie na powrót starych fanów… Brrr… Jak ja nie rozumiem sztuki, marketingu i w ogóle czegokolwiek.

Bedoes & Lanek – Opowieści z Doliny Smoków (2019)

Nagranie najgorszej polskiej płyty rapowej było w 2019 roku spory osiągnięciem – zdecydowanie łatwiej nagrać najlepszą. Ale Bedoes nic sobie z tego nie robił i… Gratulacje.

Gang Albanii – Królowie życia (2015)

“Dla prawdziwych dam”. W tym utworze Popek i Borixon śpiewają o tym, że śpiewają o kobietach. Oczywiście tych dobrych. I choć nieco brakuje tu tak trafnych i głębokich przemyśleń jak w “Dobrych dziewczynach” Firmy (“tylko ona może dać ci dziecko” >>>> cokolwiek w polskim rapie), to refren to wynagradza. Dobry kawałek, bardzo.

Później to już coś dla każdego, czego dusza (za)pragnie, co kto lubi: żeńskie genitalia nad głową, sztuczne dzióbki, biusty nie wiadomo jakie, czerwone kominiarki, grudy kruszone kartami kredytowymi, hajs (worek siana!), wygrywanie życia, wygrywanie panien w karty, nagrywanie w stanie upojenia, upojne noce, miłość prawdziwa, kasyna, puby, kluby go go, squoty, loże, banki, kowboje, krupierki, barmanki, pokojówki, blachary i fantazje nt. oralnych… relacji z tymiż, mężowie, żony, matki, prawdziwe damy, prostytutki, anielski śpiew, muzyczne menelstwo (ach, znów kokieteria!), drum and bass, dubstep, blues, jazz, zioło, Holandia na chacie, diler(ka), faza, kac, albański kaszel, strucle, tabletki, czosnek, wędkowanie, jaranie (afkors!), wino, spuchnięta pacyna, jedzenie pod korek, wymiotowanie, wstawianie spacji między czwórkami szesnastek pisanych na kompie, drapanie się po jajach, fani… fani, fani tańczący, fani na…pruci, krojące się nawzajem Rumunki, Panas, Rihanna na supporcie, dziki osioł, wielbłąd, siostra Borata, ksiądz Natanek, Dubaj, Sopot, historie o życiu, zmyślone bajki, “wódka, papierosy, Coco Chanel, białe nosy”, “ram-pam-pam”, “wódka, karabin, kokaina i siłka” i oczywiście “heszke w meszke, him, heszke w meszke, him, ryszki szyszki, szyszki, szere mere, chociosz teszto, sztara sztasz, ruchnin szniszkin, osznisz”.

Glaca – Zang (2018)

“Zang” to wehikuł czasu, przenoszący nas do schyłku ubiegłego wieku. Sentymentalna podróż do roku 1998 jest całkiem osobliwa, bowiem wyprawia się w nią nas… z 2038. Jest to więc dzieło osadzone w tradycji, a jednocześnie profetyczne. Jeśli pragniesz poczuć, jak to będzie (z Tobą) za dwadzieścia lat, to możesz się przekonać. Jeśli o mnie chodzi, to gdybym udał się w poszukiwaniu straconego czasu, przynajmniej wiedziałbym, gdzie posiałem bitą godzinę.

Więcej nie napiszę, bo nie jestem clownem.

Gówno – Czarne rodeo (2012)

Cóż… Później przynajmniej były Nagrobki.

Mister D. – Społeczeństwo jest niemiłe (2014)

Nie będę owijał w bawełnę: ta płyta jest… odpychająca. Tak po prostu. Z trudem przychodzi mi użycie takiego określenia w odniesieniu do muzyki, ale jeszcze trudniejsze byłoby znalezienie innego, równie trafnego. Nie cierpię, gdy tzw. sztuka nie tyle aspiruje do bycia nią, ile rości sobie do tego prawo, a myślę, że tak jest w tym przypadku. Ale i tak niejeden pokiwa z uznaniem głową i zakrzyknie: oto mamy nową Marię Peszek. Och, jak dobrze, bo Maria Peszek nie jest już Marią Peszek dostatecznie mocno.

Artystka wciela się w różne role, ale repertuar tych, w które wcielić się potrafi, jest równie szeroki jak repertuar min Zbigniewa Buczkowskiego. Albo nawet węższy. Węższy niż zwężona skóra z węża i Wąski z “Kilera”. Tych wszystkich “pojazdów” (diss na Rusin[?!], “no prośba” – jakby to powiedział Bartosz Walaszek jednym ze swoich czterech głosów) też nie rozumiem. A gościnne występy Jakuba Żulczyka i Kuby Wandachowicza nazwałbym raczej występkami.

Rogal DDL – Nielegal 217 (2017)

Frapuje mnie ta pozycja. Prawdę mówiąc, nic nie rozumiem. To znaczy staram się dociec, nawet dociera do mnie, że hipsterka potrzebowała bohatera z ulicy, ale… Jest problem. No i jest… PRO8L3M. A Rogal DDL to nie jednoosobowa Molesta. Ani żaden ewenement. Zachodzę w głowę, co można znaleźć na „Nielegalu 217”, a czego nie znajdziemy dowolnej płycie, no nie wiem, Firmy czy Popka. Chyba za zjawiskami ww polskim rapie (czy raczej zjawiskiem jego recepcji i praw, jakie nią rządzą) nie nadążam najbardziej. Jeśli taki Taco to dramat, to tutaj mamy tragedię. Na RYM-ie jest mały szał, więc pewnie się mylę. Czuję się tak, jakbym był wkręcany przez będącą w zmowie grupę, wszyscy mówią „sprawdź to, świetne jest”, a człowiek naiwnie daje się złapać i nie widzi, że gdy ma wcisnąć „play”, to cała gromadka z trudem powstrzymuje się przed tym, by wybuchnąć śmiechem. Może jako ktoś, kto ma ochotę przewijać każdą zwrotkę Jotuze na „Światłach miasta” Grammatika, nie powinienem się wypowiadać. Tylko że nic tu nie ma, nic ciekawego, można się rozejść, serio.

Ryszard Makowski – Ryszard Makowski (2018)

Słuchałem już wcześniej pana Ryszarda, nie tylko w Kabarecie OT.TO., ale dopiero teraz, od pierwszych dźwięków, skojarzyłem jego na swój sposób rozkoszne próby śpiewu z kreskówkową postacią Patryka Rozgwiazdy, kumpla gąbczastego Spongeboba. I wyobrażając sobie, że oto animek nagrał prawdziwy album, mogłem spojrzeć na owe starania, na cały walor literacki, pod innym, szerszym kątem. A także o wiele bardziej życzliwie, zdawszy sobie sprawę z ograniczeń intelektualnych i dobrych intencji postaci stworzonej przez zmarłego niedawno Stephena Hillenburga. Mimo wszystko muszę z pewnym smutkiem przyznać, że wolałem pana Ryszarda w duecie z Tym Drugim Gościem ze Studia Yayo (co oni tam nadają!). I nie chcę pisać, jak mogliby to uczynić członkowie frakcji #kiedyśtobyło, że dwadzieścia lat temu mieliśmy KOC i T-Raperów znad Wisły, teraz zaś mamy to, bo to raczej płyta dla ludzi, którzy ostatnie dwadzieścia lat z okładem przespali. Choć wolę nie mieć pewności, czy dla ludzi. Tak na wszelki wypadek.

Taco Hemingway – Café Belga (2018)
najgorsze polskie płyty
nie warto pisać recenzji
płyt
których nie warto słuchać

trwoni się czas
siły i co tam
jeszcze trudno

sobie odmówić
mówienia „nie”

miękkie piersi twarde narkotyki –
trzy kwadranse klęczenia na grochu
a tego się nie da przecież słuchać

na kolanach.

Dodaj komentarz