Myrkur – Mareridt (2017)

Pamiętam, jak pisząc z pewną złośliwością o epce “Mausoleum”, doczekałem się kąśliwego komentarza, którego treść brzmiała mniej więcej “no proszę, poeta, a taki dowcipny”. Przy czym muszę zastrzec, że kąśliwość nie zawierała się w wyzywaniu od poetów, tylko we wskazaniu dowcipności, a złośliwie pisałem nie o samej epce, która była cudowna, więc na upartego zasłużyłem, by mi odpowiedzieć. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że nie ma to najmniejszego znaczenia, ale przynajmniej przebrnąłem przez wstęp. A to już połowa drogi.

Gdyby coś mnie rok temu nie podkusiło – i nie mam na myśli tego wbijania szpil(ek) ponad ogólnym rozumieniem – to nie czekałbym na “Mareridt”. Debiut Myrkur był bowiem sięgnięciem do chlubnych tradycji, właściwie próbą odtworzenia legendarnej płyty “Bergtatt” Ulvera (“Onde Børn” to “Capitel I – I Troldskog Faren Vild” w wersji 1:1), co oczywiście można policzyć Amalie Bruun na plus, ale reszta, jak się wydaje, to już robota speców od marketingu z Relapse. Sprzedać się pewnie sprzedało, szum był, ale trudno pozbyć się wrażenia, że do podobnego przedsięwzięcia można by zaangażować dowolną popową gwiazdeczką.

Tylko że kobieta miała talent. I świetne piosenki. Dotarło to do mnie, gdy zdjęto z nich blackmetalowy płaszczyk, odsłaniając tym samym to, co piękne. Nie wiedziałem, czy był to sygnał, że po tamtej epce kierunek będzie zgoła inny, i że dostaniemy coś na kształt wspólnej płyty Vàli i Kari Rueslåtten, która nigdy przecież nie zostanie nagrana, ale przynajmniej można było mieć oczekiwania. I oczekiwać.

No ale nie zacząłem nawet o “Mareridt”. A więc… Po czterech pierwszych utworach można odnieść wrażenie, że przez pomyłkę sięgnęło się po jakąś dziwną, eklektyczną składankę, bo po eterycznym wstępie, który mógłby otwierać jakąś na poły baśniową powiastkę o leśnym runie i lichu, snutą w ogranej stylistyce lo-fidelity, a drugi utwór, czyli znany zainteresowanym już wcześniej “Måneblôt” nie wyprowadza – z jak się okaże – błędu, bo wściekłe partie, pełne jadowitych prawdziwków, powinny być bólem głowy plujących dotychczas na ten projekt prawdziwków, a subtelne folkowe potupajce nie są zbyt przaśne. Ale “The serpent” to już taka mroczna rockowa piosenka. Kto nie zrobi głośniej, słysząc refren? Ja próbowałem niejednokrotnie. Bez powodzenia. Kończąc akapit o tej czwórce, wspomnę, że “Crown” mogłaby zaśpiewać Lana Del Rey. Co więcej, przy zwrotkach można odnieść wrażenie, że faktycznie tak jest. Na jej ostatniej płycie byłaby to pewnie najlepsza rzecz. Tutaj też się wyróżnia.

Dalej mamy pewna echa i ślady tego, z czym możemy kojarzyć Myrkur. Ale Amalie – chyba celowo – porzuca i gubi własne tropy. Pod koniec prowadzi to do tego, że zaczyna błądzić, aż w końcu się gubi (karczemne “Kætteren” i przede wszystkich bóg-wie-jakie “Børnehjem”), ale chwała za to, że poszukuje. W pewnym sensie dostajemy głównie to samo, czyli w pewnym uproszczeniu mieszankę folku i black metalu, ale wszystko jest takie… bogatsze. Może to jedynie swoiste badanie rynku, próba szukania gruntu pod coś bardziej zdecydowanego, ale całkiem – przynajmniej we fragmentach – satysfakcjonująca i udana. Ba, nawet zaskakująca!

“Mareridt” pokazuje, że obcujemy z artystką, nie z produktem. Z artystką, która może nie dojrzała jeszcze w pełni, ale próbuje się rozwijać. Nie pokazuje – być może całkowicie umyślnie – pełni swojego talentu, ale niewątpliwie zasługuje na to, by jej chociaż, tak bez uprzedzeń, posłuchać. Dobra płyta.

Aha, w utworze “Funeral” pojawia się gościnnie Chelsea Wolfe. Zdaje się, że ma ona sporą rzeszę fanów, więc warto ów fakt odnotować. I tyle.


MYRKUR, Mareridt, Relapse


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *