Mezo – Credo

Mezo i jego “Credo” to taki rap z kredy – chciałoby się zażartować, puentując wywód w jego pierwszym zdaniu. Facet ma swój świat i swoje kredki (pastele), i tylko się cieszyć (co niniejszym czynię), że nie tylko rap sprawia mu w życiu radość. Ale jego album, choć nieśmiało na to liczyłem, nie zasługuje na aprobatywne “takich rzeczy już się nie nagrywa”. Chyba że wykreślić “już”.

Podsumowanie mamy za sobą, więc możemy skupić się na wstępie, bo wstęp jest sednem tekstu. Mezo Anno Domini dwa tysiące dwadzieścia to bardziej Norbi niż Mes (może w bitce na pięści był lepszy niż Szmidt, ale to w czasach Martina Schmitta), trochę Tau i Zeus (po przemianie/konwersji), więcej w nim Verby niż werwy. Kiedy próbuje motywować – jak, nie wiem, pierwsze skojarzenie, Borixon – to wielu rzeczy może się odechcieć, w tym dalszego słuchania. Kiedy chce zrobić coś po nowemu (“INTROSPEKCJA”, “DŁUGODYSTANSOWIEC”), to widać, że jest podróżnikiem w czasie (zabrał ze sobą rymy i flow), i że od 2003 minęła epoka. Można by wiele cytować, ale niech wystarczy jeden wers: “wcale nie jest dobrze, bo tylko gdy pijesz, jest ci dobrze”. Przy okazji odhaczymy wątek socjologicznych refleksji i uniwersalnych spostrzeżeń, jakich “Credo” zaserwuje nam sporo.

“Muzyka, sport, motywacja” – ten odautorski cytat opisuje album w siedemdziesięciu pięciu procentach – jeszcze tylko dopisać boga (na pierwszym miejscu). To niekoniecznie dobry rap o dobrym życiu, więc maksyma Rycha (znów!) się nie sprawdza. Jeśli przedrzeć się przez takie warstwy jak muzyka (głównie z epoki) i rap (wyłącznie z epoki), przez całą tę rozkoszną nieudaczność, przez miałkość i banał, przez to, że Mezo jest bardziej Mezem niż mógłbym sądzić, że będzie, tak jakby emulował własny styl (a że emulacja pożera zasoby, to wychodzi tak, jak wychodzi – że nie wypada) i gdyby zapomnieć o ciarkach wstydu (albo pomyśleć, że to dreszcze ekscytacji), to gdzieś pod tym wszystkim kryje się kwiat paproci rapowego uniwersum, czyli przekaz. Ale wydaje mi się, że w takim – strzelam! – “Sacrum” było go więcej.

A rozwinięcie? Miałem posłuchać Zbuka, by wiedzieć, co jest 5. Myślę, że ostatecznie, zmieniając zdanie, nie wyszedłem wcale najgorzej. Mimo wszystko polecałbym raczej dziesięciokilometrową przebieżkę. Bez tej płyty w słuchawkach.

(ja zwykle zarzucałem w takich okolicznościach Eels, ale jestem specyficzny, to się naprawdę niekoniecznie sprawdza)

mezo credo
MEZO, Credo

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz