Łydka Grubasa – Socjalibacja (2020)

Bez wstępu.

“Socjalibacja” Łydki Grubasa – recenzja utwór po utworze (forma przystająca do treści).

Nie jem nic ft. Zenek Kupatasa -> Łydka Grubasa przegapiła to, że o Enej mało kto pamięta, Golce zdążyły nagrać z Bedoesem, święta Bożego Narodzenia były w grudniu (w bardziej brutalnym wariancie: w zeszłym roku), swoje uwagi żywieniowe sformułował nie tak dawno łódzki dietetyk Adam Ostrowski, a o zapychaniu kich słońcem opowiadał Jacek Łaszczok; ten utwór również zdecydowanie lepiej będzie przegapić niż przesłuchać; muzyczka: polish folk;
Profesory -> lepiej by to brzmiało z ust któregoś z topowych raperów, bardziej prawdziwie; bo Ziemia jest płaska, autyzm wstrzykuje się w szczepionkach, lodowce się nie topią, ewolucja nie istnieje, a system – w tym system edukacji – trzeba przecież j***ć, nie kochać; wszystkie niezbędne kursy w szkole życia zalicza się ekstermistycznie, na Youtubie; jeśli chodzi o samą nutę – jest rockowo i na ostro;
Jola Patola -> szkic [do] portretu polskiej rodziny, wizerunek Matki Polki, która jest pełnoetatową boską matką, ale potrafi chłopakowi ukręcić wora, gdyby fiknął, kupuje raczej w Biedronce niż w Żabce, jest żeńską wersją Niedźwiedzia Janusza, everymanem w krótkiej spódniczce; muzycznie: głośniej klawisz plus zabawne zapożyczenia, dzięki którym można się uśmiechnąć i dowartościować;
Jadłostajnia -> estetyka w wąskim znaczeniu (według podziału M. Dessoira) — dyscyplina filozoficzna, pojmowana bądź jako nauka o pięknie oraz o przeżyciach z nim związanych (…) bądź też jako teoria sztuki, tj. nauka o wytworach artystycznej działalności człowieka, stanowiąca odrębną dyscyplinę nauki (źródło), rzeczywistość baru mlecznego czterdzieści lat po Misiu, w konwencji soft horrorcore; kwad-rapowe (hehe) zwrotki twórczo skontrastowane z heavymetalowym refrenem;
Dziennikały ->wątki kękowskie (emocje) mieszają się afrojaxową skatologią; rzeczywistość nagłówków prasowych, która co prawda została już oddana ćwierć wieku temu (z aktualizacją 2.019), ale muzykom trzeba oddać, co (nie) ich; zresztą też mam ctrl+c i ctrl+v; w warstwie muzycznej: ciężkie riffy, chwytliwe refreny:
Ręce do góry -> samotność w rzeczywistości postinternetowej, utwór o potrzebie powrotu do natury, godny mema i udostępnienia na Facebooku; muzycznie jest bardzo pogodnie, ciepło, słonecznie, co pozostaje w kontraście z bardzo gorzkim, sarkastycznym, pełnym przenikliwych obserwacji i prawdy tekstem: przepraszam, czy ja mogę kogoś pozdrowić? mogę? tak? to chciałem pozdrowić koleżankę, która pożyczyła mi kiedyś, kiedy nie dało się tej pozycji zdobyć nijak inaczej, “Waldena” Thoreau; mimo tego, że nie zgodziła się na nieoddanie (nawet za stosowną opłatą), bo to była (może wciąż jest?) jej ulubiona książka;
Szofer -> polskie drogi, kawałek do szaleńczej jazdy w terenie zabudowanym w ramach przewidzianych w przepisach kodeksu ruchu drogowego ograniczeń prędkości; w swojskiej, folkmetalowej troszkę brakuje wejścia (albo wyjścia) smoka;
To chyba jakiś żart – czyta Karol Strasburger -> patrz: tytuł utworu;
Walec -> niestety, jest tylko jeden słuszny utwór, który się tak nazywa.

Zostały jeszcze trzy kawałki (już ich słuchałem), ale parafrazując słowa pierwszego z nich, dusza wyje przed monitorem.


ŁYDKA GRUBASA, Socjalibacja, wyd. własne

(skala ocen: 0.5-5.0)