Dusza lunatykująca

Pamiętam późny październikowy wieczór. Nie zapalając światła (a może od razu je gasząc?), włożyłem do odtwarzacza czarną płytę, wyjętą z równie czarnego opakowania. Do dziś pamiętam, że wrażenie było… spore. Minęło dziewięć lat. W podobnych warunkach sięgam po “Fractured”.

Tym razem moje rozczarowanie jest mniejsze niż w przypadku “Lunatic Soul II”, bowiem “Walking on a Flashlight Beam”, zwiastun zwyżki formy, to płyta wyraźnie słabsza niż debiut, który wciąż uważam za kapitalny. “Impressions” pominąłem i pomijam. Z nową próbuję się i próbuję, ale to jak rozpaczliwe walenie w drzwi, których i tak nikt nie zechce otworzyć, a wyważyć ich nie sposób. Tylko opada się z sił. Traci wiarę. Do tego stopnia, że czuję, jakbym “załatwił” całą sprawę recenzji, gubiąc gdzieś po drodze rozwinięcie. No ale przyzwoitość nakazuje, bym…

Zatem wróćmy (się) kawałek.

Lunatic Soul, będący swoistą odskocznią dla lidera Riverside od macierzystej formacji (w tej chwili może bardziej… katarktycznym katalizatorem, cokolwiek to ułożone spontanicznie sformułowanie miałoby znaczyć), stał się projektem bardzo przewidywalnym, wręcz “ortodoksyjnym”. Toż Mariusz Duda wraz z kolegami, mając przecież całkiem sporą i raczej nieufnie nastawioną do kombinowania bazę fanów, pozwalał sobie na więcej luzu niż w pojedynkę. Tym razem waga osobistych przeżyć, jakie próbuje twórczo przerobić, jeśli nie uzasadnia takie podejście, to przynajmniej je usprawiedliwia, ale to nie zmienia faktu, że poza wstępem “Blood on the tightrope” nie usłyszymy tu w zasadzie nic, czego nie spodziewamy się usłyszymy, a w dodatku pewne fragmenty wydadzą się dziwnie znajome. To taka całkiem grzeczna, smutnawa progresja. Dodatkowo rozcieńczona elektroniką. Cały problem polega na tym, że nie budzi jakichkolwiek emocji. Jest tu kilka potencjalnie ładnych melodii (choćby ta w końcówce “A Thousand Shards of Heaven”), ale jak się chwilę zastanowić, to trudno znaleźć na “Fractured” jakikolwiek moment, który wytrzymałby porównanie z jakimkolwiek fragmentem “Lunatic Soul”. I o ile “Lunatic Soul II” było negatywem tamtej płyty (stąd mój – nomen omen – negatywny odbiór), o tyle “Fractured” to takie “Walking on a Flashlight Beam II”. Plus jest taki, że przynajmniej całość jest dość równa. Tylko te “Trójkowe” fragmenty (“Anymore”) przypominają mi, czemu od dawna słucham tylko Dwójki.

Myślałem, że napiszę coś “obok” płyty. Przy takim “afektywnym” pisaniu nie da się jednak zbyt wiele przewidzieć. Nikomu “Fractured” nie odradzam. Nie twierdzę, że nie warto. Mogę się mylić w ocenie. Ba, chcę! Sam jednak włączam sobie właśnie trzy ostatnie utwory z pierwszej płyty. I trochę żal, bo zapowiadało się coś niezwykłego…

LUNATIC SOUL, Fractured, Kscope


(skala ocen: 0.5-5)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *