Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! (2019)

W dniu, na który wielu czekało całe lata, ukazała się także nowa płyta Lany Del Rey. Na bycie fanem ekipy Maynarda Jamesa Keenana się nie załapałem (mam na myśli nie tylko zespół na literę “t”), ale okres “fanowania” Elizabeth Grant przeszedłem.

I mam go za sobą, może jak ospę czy odrę, choć ani się swego nie kryłem mocno ze swoim krótkim zauroczeniem, ani nie uważałem, by było czymś złym (fatalnym?). Kreacja mi się podobała, nawet jeśli od początku zdawałem sobie sprawę, że to nic więcej. Ot, dziewczyna, upozowana na złą, śpiewa dobre piosenki. Oczywiście po sięgnięciu po całą płytę “Born to Die” okazało się, że tych dobrych piosenek nie ma tak wiele, że nie jest ich więcej od tych niedobrych, i że “amerykański sentymentalizm” trochę nie zgrywa się momentami z zakorzenieniem w muzycznej współczesności (nowoczesny hip hop), ale nadal nawet jeśli nie chwytało to za serce, to przynajmniej trzymało się kupy. Po drodze odkryłem jeszcze cudne demówki z lat 2005-2006 (“Sirens” nagrane jako May Jailer), które do dziś wydają mi się najlepszym materiałem wokalistki. “Norman Fucking Rockwell!” niczego nie zmienia i nie zmieni.

Jeżeli mówi się o “Fear Inoculum” grupy Tool, że to zgrywanie starych patentów, cień cieniującego albumu “10,000 Days” sprzed trzynastu lat, to co powiedzieć o tej płycie? Właściwie… trudno powiedzieć cokolwiek. I bardziej do tego właśnie zmierzam. Ta muzyka jest tak ładnie zrobiona, tak wysmakowana i subtelna, tak starannie wyprodukowana, że… staje się tłem. Muzyczną fototapetą. Zdjęciem, sam nie wiem, zachodu słońca nad autostradą wśród amerykańskich bezdroży, na które nałożono blur. Jest miękka i przyjemna w taki sposób, jakby chciała pozwolić sama o sobie zapomnieć. Art popem, który zapomniał o byciu popem. Do tego okraszonym self-publishingową poezją, która w pobieżnym zetknięciu nie szokuje, gdy jest obliczona na wywołanie małego szoku, nie wzrusza, kiedy ma wzruszyć i nie imponuje, gdy idzie o (pop)kulturowe odniesienia. Pewnie dlatego, że nie dostrzegam w tym nic, czego nie widziałbym wcześniej.

Chyba wolałem Lanę, gdy była bardziej smutna i pretensjonalna? Kiedy postać, w którą się wcielała, była nakreślona jako postać skazana na zatracenie. Ale zatracenie nie nadeszło, maksymy “żyj szybko i umrzyj młodo” nie udało się zrealizować (mam na myśli POSTAĆ!), a pewien pomysł, który wyjściowo był wyrazisty, trzeba było rozmyć i rozszerzyć, wskutek czego czuję się tak, jakbym słuchał artystki, która jest duchową spadkobierczynią własnej twórczości. Ciągłe autoreferencje (głupie słowo, ale co zrobię) dodatkowo nie pomagają w nieodnoszeniu takiego wrażenia.

Jeśli ktoś naprawdę potrafi postawić tę płytę obok “Songs of Love and Hate” Leonarda Cohena czy “Blue” Joni Mitchell, to… być może ma rację. Czas pokaże, czy “Norman Fucking Rockwell!” będzie znaczył równie wiele dla amerykańskiej muzyki/tradycji, ile znaczą te albumy, ale tu i teraz, tysiące kilometrów od USA, ani ta muzyka ziębi, ani grzeje. Jedynie delikatnie usypia, otulając delikatnym ciepłem. I myślę, że spośród wcześniejszych czterech płyt Lany Del Rey co najmniej dwie były bardziej udane.


LANA DEL REY, Norman Fucking Rockwell!, Interscope

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *