Lady Gaga – Chromatica

Lady Gaga, Chromatica (Interscope)
lady gaga chromatica

Ci, co się na muzyce znają – niekoniecznie pan Rogowiecki czy pan Brzozowicz – lubią rzucić czasem zdanie, że ci, co się na muzyce nie znają, bo chłoną radiowe i telewizyjne heavyrotacyjne playlisty, żyją w alternatywnym uniwersum. Nie wiem, czy jako osoba, która od lat nie włączyła kanału muzycznego w telewizji (właściwie w ogóle telewizora) i – również od lat – słucha Dwójki, nie żyję w uniwersum jeszcze bardziej alternatywnym. Dlatego skoro USA po raz pierwszy od dekady wysyła astronautów w kosmos, to i ja po długim czasie wyprawię się w samotny lot.

Pierwsza minuta wpędza w pewną konfuzję, bo tytułowe intro brzmi jak uderzenie w tony disneyowskiej popsymfonii, trochę w stylu ostatniej płyty Dody (tylko w wersji o większym budżecie), ale szybko kierunek zostaje skorygowany i określony, a “Chromatica” okazuje się rzeczą w znajomym (komu znajomym, temu…) klimacie poptymizmu. Trochę jakby (niegdyś?) mniej znana koleżanka Lady Gagi, Carly Rae Jepsen, oddała jej swoje utwory, które miały trafić na epkę z odrzutami z odrzutów którejś z dwóch ostatnich płyt. I to… dobrze. Wprawdzie nie jestem fanem Carly, i pewnie nim nie zostanę, ale jeszcze dalej było mi do tego, by sympatyzować z twórczością Stefani. Co więcej, robi mi się słabo na samo wspomnienie singli z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku (“Poker face”, “Bad romance”, “Alejandro”), więc to, że dostaję muzykę, która może wpada w ucho, ale od razu wypada drugim, zaś samą drogę przebywa spokojnie, przyjmuję z westchnieniem ulgi czy wręcz z radością. Może gdyby ktoś sprytnie wybrał utwór, to nawet bym nie odgadł, że to Lady Gaga (kolejny plus), tylko obstawił jedną z tych wszystkich wokalistek, których pseudonimy mogę kojarzyć zwykle tylko z list i notek Carpigianiego.

Dziś słucham, jutro zapomnę. Pojutrze trudno będzie mi skojarzyć, że słuchałem “Chromatiki”. Uczciwy układ. Polubiłem Lady Gagę. Troszkę. Teraz mam ochotę odświeżyć sobie znane bardzo pobieżnie wczesne płyty Madonny.

W dwóch słowach – miłe zaskoczenie.

Dodaj komentarz