Książę Kapota – Kapo di tutti capi (2019)

“Kapota” bardziej niż “męskie okrycie wierzchnie przypominające surdut” jest dla mnie “niepowodzeniem, fiaskiem”. I to właśnie to drugie znaczenie więcej… znaczy. Mógłbym zasięgnąć języka u znajomej, która doskonale zna język ulicy, bowiem być może umyka mi jakieś określenie slangowe, ale 1) ze względu na nasz “emocjonalny stosunek do siebie” jest to pomysł równie dobry co próba szczerego zwierzenia się z wewnętrznych rozterek w odpowiedzi na rzucone spod kaptura w ciemnej uliczce pytanie “masz jakiś problem?”, a 2) poza tym słownik Słownik Slangu i mowy potocznej miejski.pl deifniuje to pojęcie jednym słowem: “kurtka”.

A więc zamiast probować wywodzić to pojęcie – choćby odwołując się do zabawnie i niewymagającego tłumaczenia tytułu płyty – z włoskiego rzeczownika “capo” (choć chyba to w hiszpańskim funkcjonuje w znaczeniu, do jakiego bym się odniósł i które ów tytuł konotuje), rzucę tylko jedno: kurtka na wacie!

Bo cóż nam tu mości Książę upichcił? Nie chcę mówić, że ten kotlet smakowałby piętnaście lat temu, a już wtedy nie byłby pierwszej świeżości, bo nowych przypraw jest tu sporo, a sam szef wie, jak podać danie, które będzie łechtać podniebienia tych, dla których zostało przyszykowane. Po tym, jak trafiłem na wywiad, jaki w radiowej Czwórce przeprowadził z autorem “Kapo di tutti kapi” Numer Raz, myślałem, że to taki może taki Sztigar Bonko, ewentualnie w wydaniu ulicznym, ale okazało się, że to raczej Dohtor Miód. Minus poczucie humoru.

Jasne, można podejść do tych nagrywek, naigrywając się z nich w taki sposób, w jaki niezalowe środowisko podchodzi choćby do tego, co wyczynia Stachursky (wczorajszy singiel [singiel-singiel, masz konto na to ju-tu?], że cała ta kapota to nie taka wcale kapota, że materiał jest gruby, podszyty ironią, można przywołać Tuwima, a co, i mówić nawet o szkarłatnych wyłogach. Ale co najmniej jeden z takich żartów będzie grubymi nićmi szyty. Bo czy jeśli powiem, że utwór “Dzisiaj tak”, w którym pewna granica… hmmm… autorefleksji twórczej zostaje przekroczona, stanowi cudowne przywołanie chuligańskiej (byłbym to napisał przez “h”) ballady “Sztany, glany” Kur? Choć uczciwie przyznaję, że moment, kiedy Tede rzuca – zapewne wiedząc, że nie ma już nic do stracenia – “syp, syp, syp, syp / zanim przyjadą psy” na melodię “Boom, boom, boom, boom!” Vengaboys, to najlepszy fragment całej płyty. Jedyny, gdy jeśli się uśmiechnąłem, to nie z zażenowania.

Ok, uczciwie przyznaję, że poszerzyłem swoją wiedzę o świecie dzięki tej płycie i dowiedziałem się – bez śmiechu proszę – czym jest omerta.

No dobrze, mamy jeden utwór z przekazem. I też można powiedzieć, że tamte pewne przesadne epatowanie kliszami (refren!) to świadomy zabieg literacki, nawet można się przez chwilę złapać na takim myślenie, że przecież Książę Kapota chce dobrze, że muzyka mu pomaga, że jest jakąś formą, nie wiem, resocjalizacji, ale czy ktoś pomyśli o mnie? Nastrój, jakże – uch! – liryczny, utrzymuje się jeszcze przez chwilę (“Streetlife”), ale tych kilka banalnych, opowiedzianych specyficznym językiem historii o ludziach, o których osoba wspomniana we wstępie powiedziałaby, że “latami sobie na to pracowali” (“na to” -> “na swój los”) w ogóle nie rusza. A potem, cóż, dostajemy “Tinder”. I przesunięcie w prawo (lub wybranie przycisku “skip”, który umieszczony jest zwykle po tej właśnie stronie) to żadna okejka, okej?

Ale opowiadam o utworach z drugiej połowy płyty. Choć wałek “Kasuj mój numer” mogę odebrać tylko jako nawołanie do pozbycia się owego nagrania, wraz z pozostałymi, a jeśli brać całą tę wyliczankę z refrenu choć trochę na poważnie, to tylko załamać ręce. A jeśli nie, to trzeba przyznać, że cała ta uliczna wrażliwość (boże jedyny…) zostaje tam wyrażona i domknięta. Ale do rzeczy. Pierwsze sześć utworów to taka slangowa wata słowna, nawinięta na kijek sześć razy tak samo, i ogólnie cuda na kiju. Plus rzemieślnicze bity, skrojone na miarę talentu gospodarza i gustu publiki (a także czasów i obyczajów, co za…), ale tyle dobrego, że chociaż nie krojone.

Nie mam sił podsumowywać tej, no ten, kapoty. Oddam głos Księciu.

Jeśli udało ci się dotrwać do tego końca albumu, to znaczy, że jesteś pier*olnięty.

W rzeczy samej. A odpaliłem jeszcze bonus tracki.


KSIĄŻĘ KAPOTA, Kapo di tutti kapi, Marathon Imperium Studio

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *