Kortez – Mój dom (2017)

Kortez. Taki zwyczajny chłopak z duszą wrażliwca, o którą trudno go podejrzewać, oceniając samą powierzchowność. Mniej więcej tak był “sprzedawany”. Być może sobie coś roję, ale pamiętam, że gdy sięgałem po “Bumerang”, nie tyle liczyłem, że dostanę – zachowując naturalnie skalę – swojskiego Cohena, ile ktoś mi go musiał obiecać. No i oczywiście figa, a nie Cohen. Męczyłem się, bo i tej szczerości – poza singlem, z tekstem Mesa – nie dostałem. Oszczędzono mi wzruszeń, zamiast ich nie szczędzić. Ale są rzeczy, które potrafię puścić w niepamięć, jeśli nie zostanę bezpośrednio dotknięty, więc postanowiłem dać Kortezowi drugą szansę.

Włączam płytę po raz kolejny i tak sobie myślę, choć oczywiście trzeba tę paralelę rozpatrywać na pozamuzycznym poziomie, że oto polski Ed Sheeran. Nie bard. Ot, taki jeden z nas. Nie mam nic do żadnego z panów. Być może różni ich nieznacznie średnia wieku fanek. Paradoksalnie, gdy przestawię się na taką optykę, nie mam pretensji, żalu i recepcja dzieła staje się lepsza. Choć chyba podobnie jak na debiucie, zaczyna się naprawdę nieźle (a tym razem właściwie świetnie, choć męczy mnie to, że nie mogę sobie przypomnieć, skąd znam melodię napędzającą “Pierwszą”), a potem już bywa różnie. “Dobry moment” to również dobra piosenka, takie radiowe wyższe stany średnie, trochę pociągnięta w dół przez akcentowanie w refrenie. “Nic tu po mnie” ujmuje wysmakowaną ascetycznością, ale choć zabrzmi to absurdalnie, refren wydaje się niepotrzebnie (mimo że nienachalnie) chwytliwy i wybudza ze swego rodzaju transu, w jaki wprowadzają zwrotki.

Na pewno udało się to, co zupełnie nie wyszło na “Bumerangu”. “Mój dom” coś z człowiekiem robi. Coś w nim zostawia. Oznacza to, że płyta kłuje, przydusza, potrafi zaboleć, co świadczy o niej jak najlepiej, ale z drugiej strony, jak pochlebnie pisać o muzyce, którą ma się ochotę czym prędzej wyłączyć? Duża w tym zasługa (bez cudzysłowu) tekstów Agaty Trafalskiej (wspomożonej przez Romana Szczepanka, Mateusza Dopieralskiego i Maksa Kucharskiego), bo koncepty z szufladki “break up album” nie są u nas – jak się zdaje – wcale takie częste, a nigdy nie pogniewam się na kolejną próbę zmierzenia z tematem. Zatem pomijając to wszystko, o czym nie umiem powiedzieć bez snucia jakichś wielopiętrowych dygresji, za pomocą których i tak niczego bym nie zdołał wyjaśnić, płyta jest przyjemnie nieprzyjemna, kojąco niepokojąca. Stanowi krok we właściwym kierunku, tylko dobrze byłoby dostawić drugą nogę. Czemu nie ma więcej tak cudnych momentów twórczego nieskrępowania słupkami sprzedaży, obecnością w playlistach i koniecznością nieodstraszenia mniej wyrobionych słuchaczy jak przez ostatnie trzy minuty finalnego “Wyjdź ze mną na deszcz”?

Uwiera mnie niespodziewane poczucie, że mogło lepiej, że mogłoby być naprawdę dobrze,  a jest… bezpiecznie. Nieco asekurancko. Jakby zabrakło odrobiny odwagi, przekonania, determinacji. Może następnym razem?


KORTEZ, Mój dom, Jazzboy


(skala ocen: 0.5-5.0)

Comments (2)

  1. KiA Listopad 4, 2017

    Oczywiście, że musi być asekurancko, inaczej by go nie zapraszali na męskie grania i juwenalia

    Reply
    • K. Listopad 4, 2017

      No właśnie wiem, że ma być. I to jest… przykre.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *