Klocuch – Kaseta z komuni (2019)

Klocucha poznałem stosunkowo niedawno, jakieś dwa i pół roku temu, ale na pewno wielokrotnie o nim słyszałem. Widać ci, którzy mówili, nie za bardzo wiedzieli, o kim mówią.* Nie dziwi mnie to, nie zastanawia, może smuci, ale tylko troszeczkę. Nie umiem odszukać źródła (to mógł być przekaz mówiony), więc istnieje ryzyko, że błędnie przypiszę autorstwo i nie w pełni oddam myśl, ale z Jerzym Mazzollem kojarzę refleksję, iż sztuką jest to, co wmówi się ludziom, że nią jest. Dlatego Klocuch stanowi fenomen. Bo on, on sam, jest sztuką. A dociera – na najpłytszym poziomie, ale przecież liczą się właśnie zasięgi – do takiego grona ludzi, że wyłącznie (nie)istotny wyimek widzi w nim kogoś więcej niż internetowego śmieszka. Pewnie większa część widowni (większa od tej w pełni świadomej – “w pełni” oczywiście w granicy, w jakiej zrozumienie fenomenu/geniuszu jest możliwe przez kogoś… zwyczajnego) to ta, która “utożsamia się” z Klocuchem-‘rasistą’ i Klocuchem-‘mizoginem’; z kimś, kto pełen jest charakterystycznych dla przerażającej liczby osób przywar, uprzedzeń i – jakże niefortunne słowo! – fobii. A przy tym, tak odbierany, ktoś “swój” także gdy idzie o wspólnotę… intelektu czy “wrażliwości”.

Ale zamiast przejść do rzeczy, to tylko odchodzę od (nie)śmiało założonego tematu. Dotychczasowe muzyczne poczynania postaci były… różne, także gdy idzie o egzekucję i poziom niesionej frajdy/refleksji, ale poniżej pewnego poziomu schodził właściwie tylko utwór z Mefedronowym Baronem, o co – parafrazując Romana Kołtonia – Klocucha winiłbym najmniej. Generalnie były to rzeczy, które w kategorii “śmieszna jutubowa przeróbka przeboju” byłyby poza konkurencją (“Aezakmi”, “Kruci Gang”), zaś w pełni autorska “huba buba” to już – jakże fortunne słowo! – przedsmak “Kasety z komuni”.

Mogę napisać po dwa słowa o każdym utworze, żeby był konkret. Taki “hitman typu widać z oczu” (co oczywiste, traktujacy o słynnym łysym cichym zabójcy, bohaterze serii gier, z kodem kreskowym 640509-040147 wytatuowanym na potylicy) to – jak słusznie zauważył autor Krytyki Holistycznej – Alice in Chains z koncertu MTV Unplugged (a od siebie dodam, że tylko lepsze). Jeśli jesteśmy przy “lepszości”, to “lepsze niż telewizja” przypomina “zaktualizowane” “Headlines” Kazika (“Oddalenie”, 1995), które za sprawą owej “aktualizacji” jest jeszcze bardziej przerażająco bezładnym ściekiem nieistotnych tytułów (tam: nagłówki kaset, tu: rzeczy z YouTube’a). I dalej: “przygody ha” to ponownie rzecz o Agencie 47. Pierwsza zwrotka to opis jednej z misji z drugiej części serii (“wychodzę z szopy, ksiądz już czeka / mam za nim iść”) z częstym u Klocucha narzekaniem na filmowe wstawki/wprowadzenia i niepomijalne segmenty nieinteraktywne gier komputerowych (“wolałbym zabić już człowieka”), pozostałych zaś nie będę przypisywał do poszczególnych tytułów, skoro nie jesteśmy na Geniusie (a mój kontakt z serią zawiera się w kwadransie spędzonym bodajże z Kontraktami). Kolejna z ukochanych produkcji growych Klocucha, GTA: San Andreas, jest “bohaterką” “wakacji na szybko” (z cudnym, sugestywnie wyśmiewającym takie wyświechtane wstawki wstępem “tak nie jest / nie słuchaj tego / 2005”, który jest pewnie kolejną zmyślną wskazówką – w kontekście tytułu płyty – dla tropicieli/stalkerów), które skupiają się na aspekcie motoryzacyjnym i w pewien sposób nawiązuje do “aezakmi” (to znaczy “poznajemy” nowe kody – na poduszkowiec i jetpack). Pewnie rapowa płyta bez dissu to nie płyta rapowa, więc w “zgniłym wilku” swoje – słusznie! – zbiera niejaki Geralt z Riwii. Jeśli ktoś złapie się na ten haczyk, to i tak same płotki, ale to coś pięknego (oczy mi się świecą/szklą przy dos-ko-na-łych dwóch pierwszych wersach “włączam hymn Polski i odpalam se Wiedźmina / jest dużo dobrych gier, ale ta gra już przegina”). I też wolę grać w Gothica (a raczej wolałbym). A Gothic to nie jest dobra gra, oj nie jest. Pozostałe dwie ścieżki, “miasto” i “serwus”, wiodą już przez rzeczywisty świat, a drugi z tytułów promuje bardzo aktualne i wartościowe postawy (“ja nie używam rurek z plastiku, bo mam jakieś pojęcie, malcziku”). Może o samym “mieście” (od odwołania do serialu “Lost”, po bardzo sensownie zasygnalizowany przez jedną z osób komentujących na fanpage’u [nie chcę przywłaszczać cudzej własności intelektualnej ani cytować autora, który nie musi sobie tego życzyć] potencjalny “follow-up” do Kieślowskiego) można by napisać osobny akapit. Tutaj też już od mariopeszkowego rymu na początku pierwszej zwrotki (mieście-cieście) jesteśmy w domu. Albo właśnie w mieście. Zostaje “beznadzieja w chmurny dzień”, czyli deszczowy jazz-rap o tym, jak można czuć się w stanie melancholii, kiedy trudno nawet kupić sobie chrupki (a jak się już kupi, to takie, których się nie lubi), a nowe gry nawet się nie odpalają.

To może jeszcze dwa słowa o bitach? Czemu nie. Są jak muzyka z supermarketu (najbliżej tej z Lidla, do którego bohater nie ma blisko). Kocham muzykę z supermarketów. Nawet nie chcę porównywać tych podkładów z rzemieślniczymi bitami krajowych wyrobników, których ksywki pojawiają się na grzbietach kilkunastu rappozycji rocznie.

Mógłbym wymienić kilka innych ksywek, choćby tych z kolektywu Obrońcy Hardkoru (Klocuch-raper to taka oczyszczona z rapowego brudu, samouświadomiona w stopniu wyższym niż ten, który pozwala na samo granie cytatem i ironicznymi, podskórnymi nawiązaniami do rapklasyki wersja MC Terminatora), mógłbym też analizować poszczególne teksty (choć to akurat robię zwykle ironicznie). Wtedy może wytknąłbym fragment o niekarmieniu gołębi (mimo tego absurdalnego katastrofizmu, w jakim powoli zatapia się tekst “miasta” z każdym kolejnym wersem – tu przypomina mi się z kolei kolektyw Wyrąb Lasu), ale to już czepialstwo. A z drugiej strony, próba przybliżenia fenomenu, który powinien być bliski – przynajmniej gdy idzie o rozumienie, nie aprobatywną postawę, bo można nie lubić – każdej inteligentnej jednostce, która się z nim zetknęła.

Rap może być sztuką. A to jest sztuka, która stała się rapem. Najlepsza rzecz na krajowej scenie hh. Bez cienia wątpliwości i ironii.

* Nie tylko w takim sensie, że jedyne, co konkretnie pamiętam, to popularna sugestia – ale taka, która przedstawiała to jako niezaprzeczalny fakt, nie przypuszczenie – iż Klocuchem jest NRGeek. Ile losowo wybranych filmików obu Panów trzeba obejrzeć, by mieć absolutną pewność, że to NIE on? Po dwa?
Choć może nie powiem, jak od dłuższego czasu – wiem, że błędnie! – konsekwentnie obstawiam.:)


KLOCUCH, Kaseta z komuni, wyd. własne

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *