kilka głębszych (#2): Baśnia Lipińska

Czy wstęp jest potrzebny?

Koniec Wszystkiego: Nie poznałbym baṣni, gdyby nie Kawa i Awangarda [linki: fanpage na Facebooku, kanał na Youtubie, wzmiankowany odcinek], a nie posłuchałbym (bo tak trzeba rozgraniczyć i oddzielić zarówno oba zdarzenia, jak vlog i jego autorkę), gdyby nie Natalia (istotnie “zamieszany” w sprawę był także autor blogu Odbiór [tu fanpage, a tutaj sam blog], o czym sam długo nie wiedziałem). Ale nie to jest istotne. Trudno było mi się przekonać do konfrontacji z “No Falling Stars and No Wishes”. Z jednej strony, miałem poczucie, że to płyta nie dla mnie, ale z drugiej czułem się tak, jakbym – tak teraz o tym myślę – nie chciał sprawić najmniejszej przykrości nikomu tym, że… to płyta nie dla mnie. Nie pamiętam bym podobnie podszedł do czyjejś twórczości, zanim dokonałem faktycznego podejścia. Próbuję to oddać, bo zakładam, że takich osób może być więcej. Sam nie powiem, bym sympatyzował szczególnie z jakąś stylistyką, ale zastanawia mnie, czy album jest skierowany do określonej grupy odbiorców i czy tworząc miałaś w podświadomości pewien “model” słuchacza. Może kimś takim byłaś Ty sama? Czy ta muzyka – nie chcę przez to implikować cynizmu, jestem od tego jak najdalszy – jest jakkolwiek “sprofilowana”? Czy według Ciebie komuś będzie szczególnie bliska? Czy jeśli mówić – szeroko – o wrażliwości, to trafi do kogoś bardziej niż mogłaby do innych? Może da się wysnuć wnioski na ten temat, bazując na dotychczasowej recepcji? Z jednej strony, Twoja wizja wydaje się jasna i klarowna (mimo że jest mroczna i niebanalna), a z drugiej – jak z boku obserwuję – bardzo ciepłe opinie napływają z różnych stron. Zatem trudno mówić o hermetyczności tej muzyki.
Baśnia Lipińska: Tworząc utwory na tę płytę nie myślałam o profilu słuchacza. Myślałam o tym, co mnie porusza, co mi się podoba zarówno w starych, jak i nowych brzmieniach gatunków: post-punk, coldwave, ethereal wave czy dark pop. Od początku wiedziałam, że w taką stronę ta płyta ma iść – tego słucham, to mnie inspiruje, to na mnie samą działa i czułam, że są pewne mieszanki gatunków, które nie są jeszcze wyeksploatowane, tak jak właśnie połączenie post-punka z ethereal wave’em czy dark popem. Wzięłam na siebie przy tym ryzyko bycia zbyt lekką i dreampopową dla postpunkowców, a jednocześnie za ciężką i rytmiczną dla tych, którzy słuchają muzyki delikatniejszej, onirycznej. Mówiłam wręcz, że może się okazać, że to będzie płyta dla nikogo, bo nie jest jednoznacznie określona gatunkowo. Dla mnie ważna jest szczerość – zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej – dlatego chciałam nagrać płytę, z którą będę w zgodzie i harmonii, będzie naprawdę głęboko moja, nawet jeśli okaże się, że ludzi o podobnej wrażliwości jest niewielu. Z perspektywy czasu jestem jeszcze pewniejsza słuszności tej decyzji. Cieszę się, że znajdują się ludzie, którzy wprost i dosłownie piszą mi, że czują szczerość tego materiału, którzy odnajdują w nim różne swoje sentymenty muzyczne. To tworzy bardzo ciekawą, bo głęboką więź między artystą i słuchaczem, rodzaj wzajemnego porozumienia i zrozumienia. Myślę, że to jest bezcenne. Nie ma więc dla mnie, z mojej perspektywy, najmniejszego znaczenia z jakiego środowiska jest mój słuchacz. Z każdym – właśnie dzięki przekraczaniu gatunków – nawiązuję relację osobistą, dla każdego inną.

KW: Kontynuując wątek pierwszego pytania. Czy Ty sama czujesz się – zarówno jako głos baṣni, jak i… Baśnia – częścią jakiejkolwiek sceny? Gotyckiej, postpunkowej, niezależnej… Czy taki podział wciąż można wyodrębnić? Czy ma on sens? Czy jest potrzebny? Sam myślę, że wiązanie Ciebie z jakkolwiek rozumianą stylistyką (nie “sceną”, a właśnie “stylistyką”) gotycką było krzywdzące i nieuzasadnione, a właśnie ono znacząca podwyższało próg wejścia, kiedy baṣnię znałem najwyżej z dwóch fotografii i trzech dźwięków.
BL: Od kilkunastu lat funkcjonuję w środowisku około-gotycko-postpunkowym i nie wyobrażam sobie, że miałabym się od tego odżegnywać. Cały czas w świadomości wielu gotyk to gothic metal i dopóki nie poznają, czego naprawdę słucha to środowisko, to niestety często z niego niepotrzebnie drwią. Słyszałam nawet radę, żeby się do gotyku nie przyznawać, bo tej łatki nie da się odczepić. Ja wolę mówić o tym, że gotyk to środowisko ludzi niesamowicie wrażliwych, środowisko zrzeszające największą liczbę podgatunków – od muzyki neoklasycznej, darkfolkowej, darkambientowej, przez industriale, minimale, dark elektro, aż po klasyczne rocki gotyckie (takie wiesz, sistersowsko-fieldsowe) czy właśnie post-punk, zimną falę, dark pop, ethereal wave, darkwave, synthpop a ostatnimi czasy też bardzo modny retro wave. Jest to też miejsce akceptacji, gdzie na przykład transseksualiści mogą czuć się całkiem swobodnie (zwłaszcza widać to na festiwalach niemieckich). Mogę więc powiedzieć: tak – Baśnia Lipińska czuje się częścią sceny gotyckiej, czy jak to mówi się w Polsce, “Dark Independent”, ale projekt baṣnia nie był tworzony z myślą o tej konkretnej scenie. Dzisiaj koszulki Joy Division nosi połowa nastolatków, The Cure kojarzy każdy, do słuchania Bauhausu (a to w końcu pierwszy gotycki zespół) przyzna się niejeden hipster. She Past Away leci na pokazie u Diora, a Whispering Sons na Paris Fashion Weeku. Na postpunkowe warszawskie koncerty przychodzi coraz więcej osób, na imprezach zaczęły pojawiać się bardzo młodzi ludzie, czego jeszcze parę lat temu nie było, kiedy mówiło się, że środowisko się starzeje i kurczy. To świetny moment na nagrywanie płyty przekraczającej granice, na integrację międzyśrodowiskową. To, że właśnie prowadzimy tę rozmowę, jest tego najlepszym dowodem i jest to świetne – poznajmy się, wzbogaćmy się muzycznie, poinspirujmy wzajemnie. Jeśli nas wszystkich pasjonuje muzyka, to nie budujmy grubych murów, tylko chłońmy od siebie to, co nas porusza, nie szufladkujmy przedwcześnie, podchodźmy do muzyki z otwartą głową i ciekawością. 🙂 Odzew po “No Falling Stars and No Wishes”, czyli naszym debiucie, pokazuje, że to jest możliwe – mamy wśród słuchaczy naprawdę wspaniałą mieszankę pasjonatów muzyki z różnych środowisk, nie mogłam wymarzyć sobie niczego fajniejszego. Zresztą właśnie The Cure, Bauhaus (i Peter Murphy), Siouxie – to są artyści i zespoły, które również grały post-punk, zimną falę i jednocześnie… pop – pisali przede wszystkim świetne piosenki. Dzisiaj również łączą słuchaczy z różnych środowisk i oni są dla mnie wzorem szukania własnej ścieżki, która nie chce się łatwo dawać określić.

KW: Banalna sprawa, ale zastanawia mnie geneza samej nazwy: baṣnia. Rozumiem, że została wywiedziona z Twojego imienia, i że – tutaj zgaduję – może odnosić się do baśni (a przynajmniej mimowolnie budzi skojarzenie z samym słowem “baśn”, choć gdyby się go trzymać, to muzykę nietrudno byłoby określić jako baśniową, mając na myśli nie tylko to, że jest Twoja), ale samo “ṣ” i zapis małą literą nie mogą być przypadkowe.
BL: Tak, to wariacja na temat mojego imienia inspirowana utworem “Baśnie” polskiego zespołu artrockowego Collage – a niezwykłym zbiegiem okoliczności jest to, że gramy próby w sali tego zespołu, więc można powiedzieć, że Baśnie grają u siebie w domu 🙂 Zabieg z literką “ṣ” jest wyłącznie graficzny, nie ma głębszego znaczenia niż wizualno-estetyczne.

KW: Jak traktować baṣnię? Jako zespół? Kolektyw? Projekt solowy z udziałem nieprzypadkowych muzyków? Piszesz teksty, komponujesz, najogólniej mówiąc, wyrażasz siebie. Wiem, że nie będziesz umniejszała wkładu, jaki w stworzenie “No Falling Stars and No Wishes” miały inne osoby, ale czy nie jest to – w duchu, w koncepcji, w zamyśle, z pominięciem samej realizacji – niemalże w całości Twoje autorskie dzieło? Czy to, że dobrałaś takich, a nie innych – dość nieładnie mówiąc – współpracowników, miało wymierny wpływ na charakter nagrań? Kunsztu nie sposób im odmówić, a świetni muzycy pozostaną świetnymi muzykami, ale czy gdyby byli… inni, to zmiana zauważalna byłaby w czymś więcej niż tylko w jakości dzieła?
BL: Faktycznie szkice do utworów stworzyłam wstępnie sama i dopiero do nich szukałam muzyków w bardzo konkretnej konwencji, z konkretnym brzmieniem i słuchających podobnej muzyki, żebyśmy mogli jak najlepiej zrozumieć się w przestrzeni dźwiękowej. Mogę też powiedzieć, że nad każdym instrumentem praca była bardzo koncepcyjna, słuchawkowa, szukaliśmy razem ciekawych harmonii czy rozwiązań. Każdy jednak muzyk grający w tym projekcie – Łukasz [Zaorski-Sikora, basista], Adam [Kaliszewski, gitarzysta] i Filip [Onufry Jaremko, perkusista – przyp. KW] – ma swój styl gry, swoje brzmienie, swoją wrażliwość kompozytorską, które wniósł do tej muzyki. Wybrałam ich ze względu na to, że tacy właśnie są, więc ten album to nie tylko mój, ale również ich kawał kreatywnej i wspaniałej pracy. Gdybym zdecydowała się na innych, te same utwory na pewno miałyby inną charakterystykę, właściwą innym muzykom.

KW: Celowo wspomniałem o “innych osobach”, mając na myśli także producenta, Waldemara Sorychtę. Sama podkreślasz – chociażby w wypowiedzi udzielonej portalowi FYH! – że jest on Twoim wieloletnim przyjacielem. Trudno nie dostrzec jego wkładu w nadanie płycie ostatecznego kształtu – a także nie docenić tego, jak Cię dopingował, abyś stworzyła baṣnię – ale fakt, że nie produkował on wcześniej albumu polskiego wykonawcy, jest zaskakujący. Jak udało Ci się go namówić? Czy w ogóle można mówić w tym przypadku o namawianiu? A może inicjatywa wyszła od niego?
BL: Inicjatywa wyszła od niego po usłyszeniu dema, które mu przesłałam, chwaląc się, że w końcu nagraliśmy materiał. Waldemar jest człowiekiem niesamowicie otwartym, który podchodzi z dużym szacunkiem do każdego artysty i jego pracy – nie narzuca swojej wizji, chce raczej dobrze poznać wizję zespołu na siebie i ją jak najlepiej z materiału wydobyć. Praca z nim była dla nas wszystkich ogromną przyjemnością.

KW: I jeszcze jedna kwestia odnosząca się do osoby producenta. Czy samo nazwisko nie jest magicznym hasłem, na dźwięk którego otwierają się przed Wami jakiekolwiek drzwi? Jak zaobserwowałem, odzew z zagranicy jest zauważalny. Jeśli ostateczne szlify płycie nadaje człowiek, który ma w swoim producenckim dorobku takie dzieła jak “Wildhoney” czy “Mandylion”, to trudno mi sobie wyobrazić, by nie budziło to co najmniej zaciekawienia części potencjalnych słuchaczy.
BL: Na pewno budzi zaciekawienie dlaczego właśnie on znalazł się jako producent w takiej muzyce 🙂 O to pytali mnie wszyscy. Fajnie, że wymieniłeś “Mandylion”, jestem ogromną fanką The Gathering. Mając możliwość współpracowania z takim producentem, nie zastanawialiśmy się ani chwili, wiedzieliśmy że jego doświadczenie przekracza gatunki, i że przepięknie wyprodukuje nam ten album. Natomiast po wszystkim, w uchu słuchacza, muzyka musi obronić się sama. Tu już nie ma kokietowania nazwiskiem – albo słuchacz polubi tę płytę, te piosenki, albo nie. Dla nas te drzwi są najważniejsze. 🙂

KW: Trochę nawiązując do tego, od czego zacząłem, chciałem zapytać o to, jak to jest docierać ze swoją muzyką do ludzi w obecnych czasach. Uważasz, że jest to trudniejsze niż mogło być 15-20 lat temu? A może wręcz przeciwnie – łatwiej teraz dotrzeć do ludzi, szczególnie do określonego słuchacza? Jak ważna jest dla Ciebie kwestia… marketingu? Odnoszę wrażenie, że możesz być w pewnym sensie tradycjonalistką, w sposób zaplanowany docierasz do mediów tradycyjnych (prasa, telewizja), ewentualnie większych portali “branżowych”, ale ruch “oddolny”, odzew ze strony takich osób jak ja, jest pewną wartością dodaną i… dziełem przypadku. Dobra muzyka teoretycznie obroni się sama, ale co jeśli nie będzie mieć przed kim?
BL: Dzisiaj mamy rozbuchany muzycznie Internet, który daje masę możliwości. Mamy platformy do zbierania funduszy na płyty, mamy miejsca sprzedaży. Artysta nie jest już zdany wyłącznie na wytwórnie, sam ma mnóstwo możliwości promowania siebie. Jestem przekonana, że to zmienia bardzo dużo. Jeśli chodzi o to promowanie swojej muzyki (przypuszczam, że to miałeś na myśli pisząc o marketingu), niestety zajmuje to masę czasu, którego nie poświęca się wtedy twórczo na komponowanie kolejnych rzeczy czy eksperymentowanie, muzykowanie, doszkalanie itd. Wspomniałeś o sobie jako ruchu oddolnym (rozumiem, że piszesz też o innych blogach), sugerując, że o nim zapominam [miałem na myśli raczej… skromność, nienachalność – przyp. KW] – to nie jest tak, usłyszałeś o mnie u Kawy i Awangardy, do której sama napisałam i wysłałam jej swój materiał, bo bardzo lubię i od lat obserwuję jej vloga. Staram się znajdować ludzi, którym nasza muzyka może się spodobać, którzy piszą lub mówią o muzyce ale najważniejsza jest tu wiarygodność, to żeby ta płyta naprawdę im się spodobała, tylko wtedy osiągamy ten sam cel – szerzymy wspólnie to, w co wierzymy, co nam naprawdę trafia w gust, czym naprawdę chcemy się dzielić z innymi. Jestem wdzięczna każdemu, kto napisał lub szepnął dobre słowo o naszej muzyce. To bezcenne wsparcie dla artysty, który – wierz mi – oddaje na płycie całe swoje serce, emocje i wiele miesięcy (albo i lat) bardzo ciężkiej pracy. Każdą recenzję czytam z ogromną uwagą i im więcej osobistych odniesień recenzenta, tym większa radość, że praca się opłaciła i płyta naprawdę coś w nim – i może innych słuchaczach też – poruszyła.

KW: Mimo że “No Falling Stars and No Wishes” to Twoja debiutancka płyta, to trudno patrzeć na Ciebie jak na debiutantkę. Nie tylko dlatego, że Twój głos można usłyszeć w nagraniach zespołów Andrzeja Turaja (God’s Own Medicine, Hidden by Ivy), ale także z uwagi na to, że nie jest na scenie – jakkolwiek ją dookreślić – kimś anonimowym, kto nagle pojawił się znikąd. Dlaczego świat – nie tylko scena – dowiaduje się o Tobie dopiero teraz? To kwestia blokady twórczej (osobowościowej?), może niepewności, tak zwanych przyczyn niezależnych czy czegoś jeszcze innego, że czekaliśmy na baṣnię – i nic, że nie wiedząc o tym – przez lata?
BL: Nie lubię się śpieszyć, nie lubię też robić czegoś byle jak. Potrzebowałam czasu żeby dojrzeć muzycznie i wokalnie, żeby stwierdzić, że naprawdę wiem, jaką chcę nagrać płytę. Pierwszego wrażenia nie robi się dwa razy, chciałam je zrobić w taki sposób, żeby móc być naprawdę zadowolona ze swojej pracy, z muzyki, która powstała. To był ten moment w czasie, kiedy wiedziałam, że to jest teraz. Dostałam ogromne wsparcie i motywację po gościnnych nagraniach w zespołach Andrzeja, miałam jednocześnie dobrą sytuację osobistą, zawodową (to nie jest bez znaczenia, kiedy samemu się wszystko finansuje), sprzęt sprawdzony, doświadczenie z wielu lat, pojawił mi się pomysł, byłam ogromnie zainspirowana różnymi muzycznymi klimatami w tym czasie, jednocześnie miałam ochotę wykrzyczeć trochę różnych żali do świata i ludzkości – wszystko to złożyło się na ten materiał.

KW: Kolejny niezbyt oryginalny temat. Twoje muzyczne sympatie, miłości i zauroczenia są możliwe do wychwycenia, sama przyznajesz się chociażby do brzmień 4AD i The Cure, ale frapuje mi kwestia Twoich inspiracji rozumianych nie tylko tak ściśle, ale i szerzej. Co miało na Ciebie wpływ podczas nagrywania “No Falling Stars And No Wishes”? Jakie aspekty rzeczywistości – bliskiej i dalekiej – napędzały Cię twórczo? Jakie emocje?
BL: Wszystkich sympatii czy miłości muzycznych nie sposób wymienić, są zbyt szerokie, natomiast mogę powiedzieć o tym, co inspirowało mnie przy tworzeniu tej płyty. Na pewno były to szwedzkie wokalistki indie-postpunkowe, jak Nicole Saboune, It’s for us, True Moon, Agent Bla, które podchodzą do tej muzyki również dość piosenkowo. Na pewno miały na nią wpływ moje ulubione zespoły z gatunków, które słychać na tej płycie. I tu wymieniłabym z “nóżki” etherelowych wysokich, delikatnych wokali The Eden House czy Bel Canto i Cocteau Twins oczywiście, Glaare, Tamaryn, Minor Victories; z “nóżki” mrocznej zimnofalowej na pewno mój ukochany Winter Severity Index, Second Still, Savages czy klasyki jak Siouxie Sioux; ale również bardziej popowe brzmienia Bat for Lashes czy Desperate Journalist, The Jezabels, no i powiedzmy z “nóżki“ jeszcze innego rodzaju mroku wpływa na mnie trochę Chelsea Wolfe. W pytaniu o inspiracje pozamuzyczne, czyli jakie aspekty rzeczywistości na mnie wpływały, mogę powiedzieć, że na pewno gniew i zawód na ludzkości za to jacy jesteśmy źli i okrutni dla siebie wzajemnie, ale też przeróżne stare wydarzenia z życia, dla których w końcu znalazłam pole do wykrzyczenia się. Post-punk bardzo dobrze nadaje się do wykrzyczenia buntu na rzeczywistość.

KW: Przyjmijmy, że masz przed sobą kogoś, kto nie przepada za brzmieniami gotyckimi (lub post-punkowymi, jeśli wolisz). Docenia “Disitegration” (ale nie słucha), mógłby pewnie wymienić albumy, które według niego są całkiem dobre, ale bliżej interesują go – zresztą i tak rzadko – rzeczy zimnofalowe. Gdybyś miała komuś takiemu, komuś zupełnie spoza klimatów, polecić kilka płyt, to jakie by to były?
BL: Nie wiem czy dobrze zrozumiałam to pytanie, ale jeśli miałabym polecić naprawdę dobre rzeczy z moich klimatów (wcale niekoniecznie zimnofalowych, ale ogólnie z tego mrocznego światka), a jednocześnie nieprzesadnie niszowe, takie które mogą podejść komuś spoza środowiska, albo z kolei przyciągną go ciekawym brzmieniem, to myślę, że płyty z ostatnich lat są do tego idealne, bo mamy teraz sporo artystów, którzy naprawdę zachwycają, a trudno nazwać ich gotykiem. Na pewno wspomniana przeze mnie Nicole Saboune, płyta “Miman” to świetny indie album; z rzeczy robiących niesamowite wrażenie wieczorami przy zamkniętych oczach to na pewno Anna von Hausswolff z ostatnią świetną płytą “Dead Magic”. Z rzeczy przyjemno-lajtowych na pewno też wspomniane już przeze mnie Glaare z płytą To “Deaf and Day”. Dla kogoś kto jest odważniejszy w zimnofalowym brzmieniu, ale takim bardziej rozmytym, niepunkowym, to też wspomniany przeze mnie Winter Severity Index z płytami “Human Taxonomy” i “Slanting Ray”,. A dla kogoś kto z kolei chce coś zdecydowanie bardziej gitarowego, poleciłabym Decades, płyta “Decades”, którzy brzmią dość indie ale mają fajne zimne elementy w sobie, a przede wszystkim mnóstwo emocji.

KW: Obserwując rodzimą scenę niezależną (a raczej chcąc coś z niej “wyłuskać” dla osób, które słuchają na co dzień zróżnicowanej, ale niekoniecznie nowej muzyki), widzę, że cierpi ona na niedobór… piosenek. To temat na osobne rozważania, ale można odnieść wrażenie, że jest to forma kłopotliwa, może wstydliwa, do której część młodych zespołów odnosi się w najlepszym razie z ironią. Może to zadecydowało, gdy mowa o pierwszym wrażeniu, o tym, jak ożywczą (a przy tym niedzisiejszą – nawet bardziej niż z powodu brzmień, jakie przypomina) płytą jest dla mnie “No Falling Stars And No Wishes”. Czy dobrą piosenkę tak trudno skomponować? Czy o tej umiejętności, którą tak łatwo u Ciebie dostrzec, decyduje wykształcenie muzyczne, wrażliwość, a może muzyka, na której się wychowałaś? Myślę, że taki Tomek Beksiński – i nie próbuję nikomu umniejszać, a może to być w ten sposób tutaj odczytane – puszczałby je w Trójce pod Księżycem.
BL: To w sumie fajne pytanie i mam na nie dość prostą odpowiedź – ja po prostu lubię piosenki 🙂 Nie mogę tu przywołać słuchania świetnej muzyki w domu od najmłodszych lat, bo nie mam takiej historii, ale to tylko pokazuje, że nigdy nie jest za późno na poznawanie nawet klasyków. Pierwsze lekcje śpiewu brałam dopiero pod koniec liceum, nie miałam muzycznej rodziny i do liceum w młodym nastoletnim czasie praktycznie nie słuchałam żadnej konkretnej muzyki. Wcale nie jest łatwo się do tego przyznać, kiedy wszyscy znajomi muzycy wokół mają naprawdę solidny muzyczny background od najmłodszych lat. Kiedy jednak zaczęłam w liceum słuchać muzyki świadomie, zaczęłam wręcz kompulsywnie chcieć ciągle poznawać nową, nadrabiać, edukować się i to ze wszystkich kierunków naraz – od starości po nowości, od jazzu przez pop po metal. Lekcje śpiewu z nauczycielami “starej daty” dały mi z kolei coś jeszcze innego – właśnie wrażliwość piosenkową. Mam prześpiewaną całą masę piosenkowych balladowych klimatów takich jak Carpenters, Burt Bacharach, Stevie Wonder i całą masę standardów jazzowych ze śpiewniczka Elli Fitzgerald. To do dziś wpływa na moje piosenkowe komponowanie.

KW: Na Twoim kanale w serwisie Youtube można usłyszeć “Carol of the Bells” (“Kolędę dzwonów”) w Twoim przekładzie. Pewnie męczę, ale to wykonanie jest mocną kartą w takiej dyskusji. Dlatego zapytam, pewnie trochę jak w starym metalowym zinie: czy istnieje choć iluzoryczna szansa, że na drugiej płycie baṣni zaśpiewasz po polsku choć jeden utwór? Mógłbym nawet napisać tekst (albo sto tekstów, by dało się wybrać jeden;)), jeśli w tym tkwiłby problem.;) Albo jakiś cover, niekoniecznie rodzimego utworu. Kiedy słucham tej kolędy – po raz kolejny – myślę, że mógłbym znieść nawet coś takiego, czego zwykle nie znoszę, czyli taką właśnie “adaptację”.
BL: Niesamowite, jak ta kolęda stała się hitem. Nagrana była zupełnie amatorsko, a ludzie ją kochają, co roku dostaję prośby o tekst, a nawet wiadomości, że dzieci z jakiejś szkoły ją śpiewają lub rodziny w domach. Obłęd. Wzrusza mnie to niesamowicie 🙂 Ale nie, szans raczej nie ma żeby na drugiej płycie było coś po polsku, bo czuję, że wszystko staje się wtedy zbyt dosłowne, przesadnie skupione na tekście i jakoś ogólnie nie przepadam za brzmieniem słowiańskich języków. Najchętniej śpiewałabym po portugalsku ale nie umiem. 😉 Albo jak w Cocteau Twins – stworzyła własny język, żeby nośnikiem emocji była przede wszystkim muzyka.

KW: Skoro już o tym zacząłem, to jak wyglądają plany baṣni na przyszłość? Czy okres premiery drugiej płyty – choćby zupełnie orientacyjnie – został już zaplanowany? Masz wizję nowych nagrań? Czego możemy się spodziewać? Rozwinięcia koncepcji debiutu czy kroku w innym kierunku?
BL: Postawiłam sobie wiele ambitnych wyzwań przy komponowaniu materiału na drugą płytę. Na pewno będzie jeszcze łagodniejsza i trochę mniej “hiciasta”, chociaż oczywiście nadal fajnie bujająca sekcja rytmiczna będzie podstawą piosenek. Na pewno zachowamy brzmienie, które wypracowaliśmy, łącząc nadal eteryczność wokali z zimnymi falami instrumentalnymi. Powstało już kilka szkiców, więc prace są rozpoczęte, ale nie ma szans na to moim zdaniem, żeby miała się ukazać za mniej niż rok. Chciałabym móc się nie spieszyć i dopracować ją z chłopakami muzycznie i emocjonalnie w jak największym stopniu.

Z debiutancką płytą baṣni można zapoznać się w serwisie Bandcamp, o tutaj. Napisałem o niej kilka zdań w tym miejscu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *