Katatonia – City Burials

Katatonia powraca z nową płytą, “City Burials”. Nie przynosi ona wzruszeń, ale choćby z powodu nie tak dużej częstotliwości powrotów Jonasa Renkse i kolegów warto przywitać nowe nagrania z otwartymi ramionami. Nawet jeśli po niespełna godzinie tylko się nimi wzruszy.

Zespół swoje najlepsze lata ma za sobą. Dlatego moje ulubione płyty Katatonii z lat 2010-19 nagrali panowie z Blindead (“Absence”, “Ascension” – o czym luźno, w pół zdania, tutaj). Nie należę jednak do grona osób, dla których Szwedzi skończyli się na “Dance of December Souls”, “Brave Murder Day” czy “Discouraged Ones” (choć moim zdaniem to najlepsze rzeczy od nich). Co więcej, uważam, że mimo wszystko nie schodzą poniżej pewnego poziomu – w odróżnieniu od Anathemy czy Opeth. Nawet jeśli od lat mówimy o poziomie jedynie przyzwoitym.

Pierwszy singiel przypomniał mi, że od “Perdition City” Ulvera minęły dwie dekady. Nie jest to bez znaczenia, gdy nagrywa się naiwne “wprawki na temat”. Drugi singiel podszedł lepiej. nawet smakował (choć niektórym podszedł chyba do gardła). Ot, klasyczne, typowe dla postklasycznego okresu twórczości grupy granie. Minus “progresywne” smuty, plus heavymetalowe solówki. Otwieracz z kolei pozwolił poczuć mi, że “Night Is the New Day” trochę mną potargało swego czasu (szczególnie w wersji z bonusami). Słowem: sinusoida. Albo równie pochyła (dwa słowa), gdyby iść zgodnie z tracklistą.

A co z resztą?

Powiem tak: “City Burials” nie wystawia na próbę uczuć tych osób, które są zakochane – bądź choćby zauroczone – w depresyjnym rocku (będącym alternatywnym metalem) serwowanym przez tych panów od ponad dwóch dekad. To wciąż ładnie smutne piosenki, całkiem chwytliwe, które nikomu, kto nie słucha cięższej muzyki, nie zrobią kuku. Doskwiera trochę nieobecność choćby jednego hitu (pokroju “Evidence” z “Viva Emptiness” czy “My twin” z “The Great Cold Distance”). Chyba że “The winter of our passing”, ale to wybór trochę na siłę. Z drugiej strony, album jest równy, zwarty, sprawia wrażenie przemyślanego. Czasem paletę barw wzbogaci trochę elektroniki (“Lacquer”), czasem kobiece wokale (“Vanishers”), to znów przez chwilę przemkną klimaty niemal pianorockowe (“City glaciers”). Szkoda, że “Lachesis” to tylko pół pełnoprawnego utworu, niecałe dwie minuty, bo mógłby być – przy zachowaniu wszelkich proporcji – czymś takim jak “Day” na drugiej płycie. Cóż, tam-ten fragment również był tylko fragmentem.

Wydaje mi się, że po nieco słabszych materiałach, właściwie po słabszej dekadzie, “City Burials” jest delikatną zwyżką formy. Bardzo delikatną, bowiem by nie sięgać w przeszłość zbyt głęboko, nazwałbym tę płytę drugą częścią “Night Is the New Day” z 2009 roku. Mniej chwytliwą, ze słabszymi (bardziej wymagającymi?) piosenkami, trochę z gatunku Katatonia plays Katatonia, ale jednak stanowiącą małe pozytywne zaskoczenie. Choćby dlatego, że to wciąż ten sam zespół. I wciąż – jakby uparcie – nie taki najgorszy.

katatonia city burials
KATATONIA, City Burials, Peaceville

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz