Katarzyna Nosowska – A ja żem jej powiedziała… (2018)

Przy okazji poprzedniej próby zrecenzowania książki zostałem trochę zrugany – raczej niezbyt mocno – że zabrałem się za to od końca (i tak dobrze, że chociaż ją najpierw przeczytałem, bo ponoć o płytach piszę bez odsłuchu), więc tym razem robiłem sobie notatki. Nie wiem jednak, co zrobić z nimi. Bo pisać o złej książce, tak… dobrze, jest kiepsko, może to byłoby pójściem na łatwiznę, a może starczą mi te trzy godziny czytania, by nie chcieć już usystematyzować jakichś uwag przez kolejne godziny i możliwie rzeczowo wykazać niedorzeczność tego, co przeczytałem. Choćby z troską i przejęciem, mimo że #nikogo, bo ja to niby nigdy nie byłem za Nosowską, ale też nie żebym jakoś przeciw niej, przeciw komukolwiek właściwie. Liczyłem (?!) na jakąś fabułkę, choćby z papierowymi postaciami, jakąś cienką jak bibułka, ale nie ma tak dobrze, niestety. Dlatego też nikomu nie ułatwię i wrzucę tylko, co mam.

***

– to jest jak u tej, co to zapomniałem nazwiska (nigdy nie pamiętam), a co się ładnie sprzedała, drukiem, a pisze tak, jak rysuje, no nie przypomnę sobie;
– nie oglądałem żadnych filmików z żadnej serii z żadną Kaśką, wyłączyłem jeden z tutorialem, jak się umalować, i byłem na osobę, co mi takie rzeczy, no… zasmucony;
– “żywe zainteresowanie ludzi”, “przynosiło dodatkową porcję radości” #narcyzm;
– nie wiesz, jak się wylizać z kuksańca (???) – załóż insta;
– Chyba nie jestem targetem, więc zaraz mnie trafi – pomyślał Krzyś po pierwszej stronie tekstu.
– no i obrazki też są, phew;
– TYLKO NIE ŻARTY, NO PROŚBA…;
– COFAM, NIECH BĘDĄ ŻARTY, ALE NIECH NIE BĘDZIE METAFOR;
– “odkurzyć trzecie oko” <idzie się napić, serio>;
(z czarną porzeczką, dobre, zimne)
– “wsunę go delikatnie przez bramę połyskujących warg do różowej i rozkosznie miękkiej jamy ustnej” – a może jednak sięgnąłem po książkę no tej… <szuka w pamięci> Felicjańskiej…;
– powtarzanie najgorszych fraz, jakże zmyślnie ironiczne, jak u mistrza Pablo;
– polubiłem strony z obrazkami, nie trzeba nic (albo prawie nic) na nich czytać;, i dzięki nim mniej tych zadrukowanych, a fiksacja na punkcie cyferek każe mi odliczać, i odliczać, liczyć progres procentowy, i to na trzeźwo;
– ustęp o fotografii z autorką, trzymaną jako zakład(nicz)ka w książce terapeutki – #narcyzm;
– COFAM TO, CO COFNĄŁEM, NIECH BĘDĄ METAFORY, ALE NIECH NIE BĘDZIE ŻARTÓW;
– “Dla niektórych książki są >>niczym<<” – facepalm, śmiech i kiwanie głową z niedowierzaniem JEDNOCZEŚNIE;
– TYLKO NIE AUTORSKIE TYPOLOGIE NO GDZIE SIĘ PODZIAŁY TE CUDNE ŻARTY I METAFORY!!!!11oneoneone;
– “patologiczna atrofia empatii” – mam nadzieję, że Piotr Rogucki tego nie czyta;
– czy to nie mogłoby być napisane wierszem, w formie poematu? może Nike by wpadła?
– “zdobycie nagrody głównej – dwóch kryształowych kul jego jąder” – tak, to musi być tamta druga, z tych dwóch tamtych drugich;
– (mogłem coś normalnego…);
– nie, jednak o seksie to pani Ilona chyba jednak lepiej, więc cofam;
(jeszcze 131 stron, w radiu Księżyk puszcza Armię, zawsze jakieś wsparcie)
– NIECH BĘDĄ TE TYPOLOGIE, NIECH BĘDĄ METAFORY, A TE ŻARTY TO MI SIĘ NAWET PODOBAJĄ, TYLKO NIECH NIE BĘDZIE NAWIĄZAŃ, TEJ PEWNEJ TAKIEJ NIEŚMIAŁOŚCI, SĘPÓW MIŁOŚCI, BOSZ…;
– “staram się… dobrymi ludźmi… co pokicają…” – NO WIDZISZ? WIDZISZ?! A TY CO??? (inside joke, sam nwm);
– “mount everest szóstego piętra” <smutna minka, stęskniony za erudycyjnymi nawiązaniami>;
– 34. strona (wersja cyfrowa); czuję, jakbym tego dnia naprawdę nawywijał, skoro serwuję sobie takie katusze;
– niech ona nie pisze… o tym, niech ona nie… nie(ch) no… <bliski płaczu>;
– NIE NIE NIE NIE, NIE W POŁĄCZENIU Z ŻARTAMI I METAFORYKĄ, TAK SIĘ (TEGO) NIE ROBI;
– “Na pewno spytała go, czy lubi, kiedy wygrywając melodię na jego flecie, zahacza zębami o lakier, zostawiając rysy” (widzicie?);
– no, strona o byciu seksowną… sensowna, więc mam chwilę oddechu, odetchnąć mogę;
– “Fajerwerki wyglądały jak kolorowy haft na czarnym aksamicie nieba” – serio trzeba było poemat zrobić, to już nawet nie jest ironia, jestem zbyt przeczołgany na nią;
– prawie 1/3 za mną, czytam nie tekst, lecz litery, parafrazując takiego jednego;
– “Często sięgam po książkę z polecenia, rzucam spragnione mądrości spojrzenie i po pierwszej stronie już wiem, że nie da rady.” <zastanawia się, co dopisać, by jakoś zasugerować komuś, komu chce zasugerować, że ona to tak zrobiła specjalnie, żebym się męczył, ale w odpowiedzi, przy DUŻYM szczęściu, usłyszy, że chcącemu nie dzieje się krzywda, przy mniejszym – no cóż, mowa taka kwiecista, że wiązankę łatwo… pleść>;
– <czuje się trochę dumny, i zdumiony swoją dumą, że przeczytał kiedyś Stary Testament, zresztą Nowy Testament też, i też robiłem notatki!>;
– to jest takie głębokie, iż nawet się cieszę, że pływak ze mnie taki, że kiedyś byłbym się utopił w miejscu, w którym byłoby to jakimś osiągnięciem;
– nie udało się, więc to czytam; nie udało się, więc chociaż dokończę;
– męczę to z półtorej godziny, nic już nie wiem i nie czuję;
– słyszałem płytę Taco i Quebo, słyszałem płytę Stasiuka, ale na coś takiego…;
– pytanie: czy to, że książka nie jest dla mnie, to moja wina? zaraz zacznę pytać o (bez)sens życia;
– ech, jakieś Wrota Zwieracza, coś tam, a mi się zwoje zwarły wzięły;
– “tłuszcz z drugiej brody” – tu jestem rozbawiony, bo wprawdzie nie o to chodzi, ale był taki jeden piłkarz, co w odpowiedzi na uszczypliwości pismaków odrzekł, iż mogą go pocałować w brodę, ale nie tę na twarzy, tylko… <urywa, żeby nie było niesmacznie>;
– kawałek o raperze – db;
– w połowie lektury trochę mi przechodzi, może dlatego, że w pewnej chwili przestają boleć kolejne razy, już nie można rejestrować, znieczula się dwojako;
– jest mi już chyba wszystko najzupełniej obojętne, co zresztą jest właściwe dla mnie ponoć, a jako takie – niewłaściwe;
– może po prostu to przestaje szokować, przejmować, mierzić, dotykać, bo repertuar zagrywek się skończył, cierpię (?!) na deficyt uwagi, a zasoby, jakimi dysponuję, niezmiennie pochłania to samo;
– nie wiem tylko, do kogo Kaśka tak: do sławniejszych od siebie? do siebie, którą próbuje się stać, dążąc do sławy? do siebie bez dodatkowych zastrzeżeń? do kogoś, kogo… nie zakłada?
(Księżyk kończy audycję o Brylewskim, zatem minęły dwie godziny, czuję się bardzo samotny, podziękował za uwagę, a kto podziękuje mi za odwagę samotnego mierzenia się z ostatnimi rozdzialikami, kiedy mnie rozpacz gotowa rozdzielić, rozedrzeć, rozpłatać…);
– a może to książka o samoakceptacji? nie wiem, ale chyba (tylko?) dla kobiet, a ja mimo wszystko…;
– im bliżej końca, tym bardziej w coś to się układa, coś w tym zaczyna kiełkować, coś się rodzi na tym wyjałowionym gruncie, ale ja chcę już to mieć za sobą, cały ten ugór, już nie musieć, a wypada sumiennie, choćby po to, by nie było tak, że o czymś piszę, że coś publikuję, zanim poznam (się);
– historyjka z (przed)szkolnej stołówki jak z biografii (a raczej, ściślej: z felietonu) Kazika, toteż nie dziwi “związek” tych dwojga no;
– bo jednak nie rozumiem, nie mam uczuć, nie jestem mądry, więc i empatii pewnie mi brak, ale niech każdy robi, co lubi, jeżeli może, pis joł.

KATARZYNA NOSOWSKA, A ja żem jej powiedziała…, Warszawa 2018



(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *