Kartky – Dom na skraju niczego (2019)
O blogu / Kontakt
Muzyka
Literatura
Gry
Filmy
Home
Kartky – Dom na skraju niczego (2019)
Przeglądałem sobie najbliższe premiery płytowe, którym warto byłoby poświęcić uwagę i osobne teksty. No i tak: Malik Montana, KęKę, Kamerzysta. Gdybym nie był smutny, to powiedziałbym, że posmutniałem. Sprawdzam jedno źródło, drugie, trzecie. W czwartym, na górze strony, dostaję po oczach (między oczy?) “Domem na skraju niczego” z dzisiejszą datą. Pięć minut później kończę ten akapit.
“Tylko ty wiesz, jak się ze sobą męczę” – kończy się utwór “się skończył”.
Nie tylko. On. Się.
Przy “azraelu”, tym razem od początku, mam takie oczy… No one są puste, są pustką. Bez prochów, i jak słyszę te wersy, to robią się jeszcze takie wielkie, że gdybym rzucił choćby przelotne spojrzenie w czyjąś stronę, to ten ktoś by… zniknął. Nie wiem, czy Bodet – z wróżeniem z kwiatów i gwiazd – w tekście to przypadek, ale jest takie powiedzenie o ślepej kurze… Reszta refrenu (i zwrotki, i wszystko) to z całą pewnością nie są wyżyny depresji – raczej Góry Świętokrzyskie egzaltacji.
Trzeci utwór. Bletka (ostatnia), tabletka (na języku – być może jedna z tych rozsypanych wcześniej na łóżku), setka (też ostatnia)… Jej nie ma. Zostało wspomnienie różowych ust. Czyli to concept album . On chciałby do niej. Ja też bym chciał. Żeby on do niej.
“Patrzysz na mnie, kiedy leżę na dnie” <tutaj następuje przerwa, wyciągam (poprawka: niemal wyrywam) słuchawki z uszu i robię sobie przerwę, herbatę> “Zabieraj swoje winyle i nara” – słyszę niemal na powitanie, gdy wracam. Taaa. Potem będzie chciał, by wróciła (właśnie: nie o tym były poprzednie utwory?), bo te winyle są też jego.
Może trzeba było wejść na Geniusa i poczytać, nie włączać samej płyty… Zresztą “detroit” nie chce się włączyć w Spotify, więc na parę minut tam czmycham.
No i tak:
nie wiem na ch*j mi ten dramat już dwa razy przecież mnie nadała psom ten lamus mi znowu wydzwania, a ja go zapraszam tam do mnie pod dom i mówię: “ty k*rwa pajacu, wpadnijcie, to wyr*cham ciebie i ją”
Fajnie. Czyli osobiste wycieczki z poprzedniego kawałka są już peregrynacjami.
Niestety “łza dla cieniów minionych” to nie cover. Tam chodziło o to, że ona umarła… <tu przerywam, pauzuję utwór, znów nie mam siły po tym, co usłyszałem, a było to: “czytałem Petrarkę, a na gitarze nak*rwiał Petrucci”; czy słyszałem gorszy wers w tym roku – mam wątpliwości; dalsza część wywodu miała brzmieć jakoś “tu zaś o to, że on umiera”, ale sami rozumiecie, że w tych okolicznościach…>
Ile jeszcze do końca?
Wiem już przecież, że ona poszła do niego, kimkolwiek jest, on pił i pije, używa, nie chce żyć, ma te swoje bletki i tabletki, i kreski, nie ma nikogo, nie akceptuje siebie, daje do zrozumienia, że sobie coś zrobi, że zrobi coś komuś, przywołuje ją w pełnych agresji wspomnieniach, rzuca follow-upy do siebie i popularnych seriali, rzuca mięsem (w nią i w niego), czasem rzuca się (chyba) w ramiona innych… Skoro potrafi przywołać Pezeta, to polecam jako lekturę obowiązkową “Muzykę emocjonalną”. Do chwili zrozumienia, jak to się robi, i że tak się nie… I żeby odpuścić. Ją. Kimkolwiek ona jest.
Jeśli tekst “ej, mała, jesteś j*bnięta” ma pokazywać romantyczną część natury rapera, to czy naprawdę muszę opowiadać o tym, jaka jest ta płyta? Nie wiem, ile wersów (niewiele) dzieli ten od tego, w którym pada info o wchodzeniu na pewien portal “towarzyski” z ogłoszeniami pań, które zaspokajają żądze – bynajmniej nie intelektualne.
Follow-up z ostatniego zdania jest lepszy niż 98% tych z “Domu na skraju niczego”. A jest kiepski.
Dwa tracki do finiszu. A już jestem, hah, finished .
Zauważam zmianę: wcześniej było łóżko, pancerne drzwi, płyty, których już nie ma (a właściwie “Egzotyka” byłej – po [jej] byłym), potem coś o fankach i scenie, a teraz balet. Jest więc wyjście, może nie otwarcie, może światło.
W ostatnim wałku, tytułowym, znów wraca do płaczu.
A ja kończę relację. Włączę sobie płytę Pawła Kaplińskiego, której tytuł pada w tekście. Bo dopiero na sam koniec padają relatable wersy o przeglądaniu jej Insta, co jest bardziej bez sensu niż… No niż ten album. I moje wynurzenia.
Niech będzie, że to najgorszy break-up album, jaki znam. Brawo.
KARTKY, Dom na skraju niczego, Step (skala ocen: 0.5-5.0)
Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *
Powiadom mnie o kolejnych komentarzach przez email.
Powiadom mnie o nowych wpisach przez email.
KONIEC WSZYSTKIEGO NA FB
Wprowadź swój adres, aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach:
Adres e-mail
77 366 dusz