Kamerzysta – Afirmacja (2019)

Boli mnie brzuch. Być może coś mi zaszkodziło, czymś się zatrułem, może to stres, a może coś innego. W każdym razie, jest to ból na tyle nieprzyjemny i dokuczliwy, żeby nie pozwalał się skupić na czymś poza nim samym. Mimo to jawi się jako o wiele przyjemniejszy od “Afirmacji” Kamerzysty, więc to afirmacji poświęcam ten akapit. Afirmacji bólu.

Kamerzystę zna pewnie prawie każdy, w dodatku większość owej większości zna go dużo lepiej niż ja. Dla mnie gość tworzy jakiś “muzyczny” spin-off “niegrzecznego” kanału dla wczesnych nastolatków, którego powstanie “zawdzięczamy” pewnie nie tylko temu, jakim powodzeniem cieszyła się źródłowa produkcja, ale też popularności nowego rapu w Polsce. Na “Afirmacji” dostajemy zatem garść konwencjonalnych, całkiem sprawnie zrobionych typowych kawałków o wygrywaniu życia, pełnych powtarzalnego do znudzenia samouwielbienia, wyliczania nazw drogich marek, szukania wciąż nowych “piesczotliwych” określeń, jakimi można określić przygodnie poznawane dziewczyny, rapowania o rapowaniu, niegrzecznych imprez, (nazw) używek i scenek rodzajowych rozgrywających się w modnych klubach czy hotelowych pokojach. Plus kilka wymierzonych we wrażliwość niedojrzałych słuchaczy wersów w takich utworach jak “Szare bloki” czy “Titanic”. Nie ma tu nic nowego, nic odkrywczego, odrobiny świeżości jakiejś charyzmy, człowieka z jego bagażem refleksji i doświadczeń, z jakąś osobowością. Takich jak Kamerzysta na scenie są setki, może tysiące. Z drugiej strony, to, że trudno powiedzieć, by gość odstawał od tych, którzy roszczą sobie prawo do bycia raperami, a takim jak Kamerzysta go odmawiają, jest naprawdę przejmujące. Taki stan rodzimej sceny w 2019 roku.

To nie jest wybitnie złe, nie jest nawet złe charakterystycznie, bo “Afirmacja” jest pozbawiona odrobiny charakteru. Nie wiem, czy to przypadkiem nie płyta, którą mogłaby stworzyć – w całości, począwszy od napisania tekstów, przez sklecenie bitów, a na położenie na nich wersów skończywszy – sztuczna inteligencja. I to nie szczególne rozwinięta. Wszystko jest tak oklepane, że aż dziw, iż nie powstało dla żartu, jako lekko zakamuflowany pastisz konwencji. Niestety wszystko jest tu bez wątpienia serio, zgodne z algorytmami, na podstawie precyzyjnych wyliczeń, jak to ma wyglądać, żeby się wyświetlało. Choć wygląda to jak efekt weekendowego researchu, polegającego na wypisaniu z list OLIS-u kilkunastu pozycji (t)rapowych, sprawdzeniu ich, wynotowaniu wątków i stworzeniu na tej bazie czegoś “własnego”.

Właściwie wszystko, co mogę powiedzieć o Kamerzyście, z czym kojarzy mi się po przesłuchaniu płyty, to to, że jest to gość z workiem na głowie. I chyba nawet na owym worku widnieje oznaczenie marki. Nie obrażam się o to, że potrafi – a raczej potrafi sztab ludzi, którzy go sobie pewnie bardzo precyzyjnie wymyślili, bo nie sądzę, aby było tu miejsce na przypadek, na jakikolwiek margines błędu – stworzyć coś dla mocno niepełnoletniej widowni,. Choć gdy spojrzeć na to, jakie to treści, to…

Nic się nie da napisać o “Afirmacji”, nic zacytować. Bo co? Wykrzyczane “nie płaczę po szmacie, no chyba że szmata ma logo Versace”? Każde słowo i każdy dźwięk na tym albumie są przezroczyste, a pod tą przezroczystością… nie ma nic. Nie da się tego puścić jako tło (po co?), nie da się posłuchać dla śmiechu, nie da się ironicznie, nie da się po to, by poszydzić. Nie da się też dla przyjemności – nawet grzesznej. Ale jednocześnie nie jest tak, że nie da się tego słuchać. To tylko bardzo niskiej jakości produkt, szyta grubymi nićmi rzecz na miarę potrzeb publiki, która nie potrzebuje emocji, artyzmu czy prawdy.

Publiki, która za góra dwa lata będzie pewnie wpatrzona w innych tajemniczego superbohatera z YouTube’a. Ale to już problem wspomnianego sztabu ludzi. Problem, by gdy to się stanie, zasilić odpowiedni sztab.


KAMERZYSTA, Afirmacja, My Music

(skala ocen: 0.5-5.0)