Kalafior Derambo – Bugibba (2017)

Słowa. Można powiedzieć, że nie są niczym więcej niż są, ale nie trzeba nic więcej, by kreować i niszczyć, stwarzać i unicestwiać, ocalać lub skazywać na niebyt. Jak każde narzędzie, jeśli ktoś umie nimi sprawnie władać, zyskują moc i potęgę. Mogą być usłużne, ale można nimi zmuszać do uległości. Mogą – cytując bodaj nie-jedną ze znanych mi osób – słuchać się kogoś jak psy, a mogą zerwać się z łańcuchów i zwrócić przeciwko temu, kto powołał je do życia.

Słowotok. Charakterystyczny termin dla rodzimej twórczości rapowej. Podkreślam ową “swojskość” nie ze względu na zawoalowaną – rzekłby ktoś – antypolskość, nie bardzo bowiem widzi mi się krycie z przekonaniami, tylko by podkreślić, iż nie bardzo sięgam po zagraniczne rzeczy “z klimatów”. Gdy spojrzeć na notkę prasową, z którą możemy zapoznać się chociażby na stronie wydawcy,  to wyjdzie, że fakt owego zamknięcia wręcz dyskwalifikuje mnie, gdy idzie o próbę odniesienia się do “Bugibby”. Jednak czułbym się gorzej, może gorzej niż źle, gdybym tego nie zrobił. A z ignorancją mi dobrze.

Nie chce opierać wywodu na słowie od autora/wydawcy. Nie jest ono wszak żadną obietnicą i nie trzeba dać mu wiary. Nawet Tuwim mnie nie przekonuje, bo można sympatyzować – mimo nieprzystających jednostce ludzkiej uprzedzeń – z twórczością bez wątpienia wielkiego poety, a największym sentymentem spośród wszystkich zawodników na krajowej scenie darzyć najgorszych uliczników. Takie zderzenie światła z ciemnością. Albo raczej światłości z ciemnotą.

Potrafię sobie wyobrazić, że ksywka autora “Bugibby” niesie się po uczelnianych korytarzach, zyskując w ustach studentów mocno humanistycznego kierunku wymiar i sens. Jest to bowiem dość specyficzna twórczość. Przy czym na tyle skupiona na czymś więcej poza sobą samą, by skupić uwagę na sobie. I by… kupić. Kogoś, kto ją poświęci. Wprawdzie bity Yannicka Dilée są klasyczne, takie miękkie i ciepłe, ale tak gładko pocięte, bez chropowatości i posługiwania się narzędziami typu linijka, siekiera i eJay, że i wilk syty (nazwijmy nim mnie, tylko na potrzeby tej myśli), i owca cała (XXI wiek trwa już dłuższą chwilę). Gospodarz może się nie panoszy, ale słychać, kto jest tu panem i czyje to włości. To, jak kładzie kolejne strofy (nie piszę, że “szesnastki”, bo nawet gdybym posłużył się tym terminem jako metonimią, to i tak ktoś mógłby mieć o to do mnie żal), na szczęście sugeruje luźne posłużenie się konwencją jako formą, sposobem realizacji konceptu. Nie podejmę się przybliżania zamysłu Kalafiora Derambo, bowiem kwestia jest tak abstrakcyjna i nieuchwytna, że pokornie przyjmuję i przejmuję subtelne odwołanie do gombrowiczowskich dzienników, samemu uznając za najmocniej wyłaniający się z mętności i zamętu utwór przejściowy pt. “Serce trzęsie ciałem”. Rzucę prowokacyjnie, mrugając porozumiewawczo okiem, że reszta jest o jaraniu. Całą propozycję literacką (poezją bym tego nie nazywał, mimo świadomego użycia wielu właściwych dla niej środków, które w takim nagromadzeniu, podane w formie fonicznej, mogą u kogoś, kto jak ja cierpi na deficyt skupienia, nieco namącić) szanuję i poważam. Co więcej, życzyłbym sobie, by jak najwięcej raperów miało równie sprawne pióro. Niezależnie od tego, jak by się nim posłużyli. Warsztat, warsztat, warsztat. Wtedy można zamykać się w najcichszej niszy.

Przypomniał mi się – chciałbym rzec: zapomniany, ale raczej nikt o nim nie słyszał, a sam gdzieś postradałem płytę – rapowy projekt Wyrazy, w którym na majku pojawiał się między innymi mój sąsiad. W grupie koleżeńskiej odbiór był swego czasu przychylny. Właściwie nie wiem, czemu Kalafior Derambo miałby nagrywać jedynie dla znajomych i rodziny. Taki L.U.C, który proponował coś – jeśli by uprościć – podobnego, tylko nie starając się oczyścić potoku wypowiedzi z brudu i mułu, swego czasu był wszędzie, bałem się lodówkę otworzyć, mianował się jeszcze artystą wszech sztuk. Na “Bugibbie” dostajemy coś czystego, a nawet jeśli bardzo trudno byłoby się przejrzeć w tym rwącym – bezboleśnie! – potoku, to czemu by nie przysiąść na jakimś kamieniu, by posłuchać szumu?


KALAFIOR DERAMBO, Bugibba, Nasiono


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *