KaeN – On (2020)

Jim Carrey w outficie z “Maski” (tylko w innej masce) udaje Eminema. I nagrywa “niuskulową” płytę.

(wow / ech)

D.ave to alterego KaeNa. Podobnie jak w przypadku Stanleya Ipkissa, nie jest to alterego dobre. Zresztą zacytujmy: “moje alterego / namawia do złego / moje alterego / ch** tobie do tego”. Zatem o tym już nic.

Nie wiem, czy namawia do nagrywania złego rapu. Do nawijania wersów od linijki (wręcz słyszę, jak raper, pocąc się, liczy sylaby i “sztukuje” kolejne, bo co chwilę ma ich zbyt mało, np. w “West Coast”), do przyśpieszania tylko po to, by wyrzucać z siebie losowe słowa do rymu, do wywołujących zażenowanie pomieszane z niedowierzaniem kwiatków w rodzaju “zawsze będę sadystą / w mojej głowie siedzi pie***olony Hitchcock” czy “bądź jak Rocco / (…) / eksploruję ciebie bardzo głęboko”. “Obcym” pewnie nie pogardziłby Kamerzysta, ale KaeN raczej nie zostanie drugim Bonsonem, nie zdobędzie tylu fanek (“jesteś obcy / jak Lady Pank”??!!).

Robiłem sobie notatki do recenzji. Ale “On” to taka płyta, która budzi raczej politowanie niż niesmak. Większe mógłby chyba O.S.T.R., gdyby zapomniało mu się – trochę jak z Bogusławem Lindą ([raz] i [dwa]) – że młodzi raperzy są niedobrzy. Obaj – Adam, Dawid – są złymi raperami. Złymi obecnie. Robiłem notatki, ale każdy, kto z jakichś powodów zdecyduje się zmierzyć z nią, wypunktuje ją błyskawicznie i bez trudu. Dlatego wyliczę tematy; słowa-klucze. Nie wszystkie – część.

Seks, panny, ziomki, cycki, balet, kibel, je*anie, shoty, kluby, wyroki, psy, suki, kłopoty, jazz, feta, meta, kodeina, mefedron, śnieg, hera, drop, flex, hype, p*zdy, dzi*ki, fury, cash, towar, pozerzy, nienawiść, niesprawiedliwość, nastoletnie matki, patologia, skunk, vibe, zjazdy, ból,

“On” to płyta nudna, wtórna, pusta, pełna źle nawiniętych wersów o niczym. Nie wiem, skąd przekonanie wielu raperów o własnej wielkości, podczas gdy z ogromnym trudem są w stanie wydukać kilka banałów, klisz albo tylko nieodnoszących się do niczego słów, wciąż tych samych (patrz wyżej). To jakbym uważał się za pisarze, ale za trudne byłoby dla mnie skonstruowanie banalnego opisu. Każda z rapowych indywidualności jest z takim przestrachem zapatrzona w inne rapowe indywidulności, że trudno na nowej scenie o zawodników, którzy mieliby charyzmę, talent i osobowość, a nie tylko o nich nawijali. KaeN próbuje nadążyć, nie odpaść z peletonu. Pewnie to słuszny wybór, bo wątki horrorcore’owe, które również się tutaj przewijają, mogę dobrotliwie przemilczeć.

Właściwie powinienem w tej recenzji przemilczeć fakt istnienia całego albumu.

Więc milknę.


KAEN, On, Alterego

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz