Jan Strach – Bjurwa fantomatyczna (2017)

W czasach, gdy chodziłem do gimnazjum, ci, którzy do gimnazjum nie pójdą, jeśli pojawili się już na świecie, dopiero raczkowali. Odnoszę wrażenie, że znów nie zacząłem od tego, od czego zacząć zamierzyłem, więc może – och, płonne nadzieje – uda się w trzecim zdaniu. Otóż mniej więcej wówczas zwykło się mówić, z właściwym osobom w tym wieku zamknięciem i niezrozumieniem, o jednostce w istocie jednostką będącą, że ma swój świat. Obecnie postępująca degradacja i dezintegracja języka czyni to sformułowanie być może wytartym i nieużyteczny. Chodzi o to, że odarłszy je z pewnej pierwotnej zjadliwości, będzie można powiedzieć, że swój świat ma Jan Strach, czego niezbicie dowodzi “Bjurwa fantomatyczna”.

Ktoś zadał mi ostatnio pytanie, czy przypadkiem nie jest tak, że autor wie zdecydowanie więcej o swoim dziele od odbiorcy. Z racji kontekstu, jakim był wytwór mojego umysłu i – dobre sobie! – talentu, byłem zdania, iż w żadnym razie, bowiem nie da się opisać budynku, będąc w jego wnętrzu. Oczywiście moja interlokutorka, gdyby nie byłaby osobą światłą i taktowną, mogłaby swoje wątpliwości co do mojej kondycji intelektualnej wyrazić w mniej zawoalowany sposób. Choć gdyby było inaczej, to po co pisarzom czytelnicy, aktorom widzowie, a muzykom słuchacze?

Tamta skromność ustępuje jednakże miejsca skromności innego rodzaju, gdy słucham “Bjurwy fantomatycznej”. Wracając do rozważań wcześniejszych, chciałbym dodać, że ów świat, właściwie literalnie rozumiany, jest możliwy raczej do poznawania niźli poznania. Teoretycznie sprawę załatwia świetny i precyzyjny w swej abstrakcyjności tag “chaos pop”, jakim płyta została opatrzona w serwisie Bandcamp. Ale to jak uznać, że takie zaklasyfikowanie, choćby wymagało wielu wyliczeń, mogło ująć choćby cząstkę intencji. To porządkuje, ale i upraszcza refleksję. Bowiem odnoszę rzadkie wrażenie, że i bardziej próbuję czegoś tutaj dociec, coś wychwycić i odkryć, tym mniejszym powodzeniem kończą się moje mikre próby. Tropów teoretycznie mamy mnóstwo – tak słownych, jak dźwiękowych – ale to nie żadna zabawa w próbkowanie – tak dźwiękowe, jak słowne – tylko rzecz odbywająca się raczej na bardziej podświadomym poziomie. Słuchanie tych – mógłby (o)rzec ktoś niezbyt życzliwy – niepoważnych piosenek uczy pokory i wydaje się ubogacające intelektualnie. Nawet jeśli nie prowadzi do istotnych przemyśleń, a raczej na manowce. Niewykluczone, że zepchnięcie moje myślenia na taki tor wynika z tego, że sama muzyka niekoniecznie zaspokaja moje, jak by to nazwać, potrzeby estetyczne, będąc nawet na tym pozornie najpłytszym poziomie raczej niedostępna. Gdzieś po przewrotnej, ale zmyślnej i niestety nazbyt radosnej deklaracji autora, że umrzeć to ostatnia rzecz, jaką chciałby zrobić, którą przy odrobinie dobrych chęci (hah) mogę odczytać przekornie i wspak, uwaga skupia się nie tyle na tym, co przemilczane i niedopowiedziane, nie na jakiejś metafizycznej głębi, tylko na tych tropach pozostawionych bodaj tylko po to, by je gubić. Nie chcę się wygłupiać, ale nawet tytuły utworów prowadzą naturalny ciąg asocjacyjny w rejony myślowo i stylistycznie odmienne od tych eksplorowanych przez Jana Stracha. A to tylko… wierzchołek góry lodowej. W tym aspekcie płyta jawi mi się jako niezwykle wręcz bogata, pełna, jakby autor mógł wydać ją wraz ze zbiorem komentarzy i esejów, a nie jedynie z graficznym zapisem ścieżek z Audacity, opatrzonych dopiskami, które niejako mają manifestować wierność stylistyce lo-fi i nabożne do niej podejście. Ale podobno tłumaczenie dzieła to coś upokarzającego dla autora. W tej kwestii również wykazaliśmy we wspomnianej rozmowie stanowiska odmienne.

O “Bjurwie fantomatycznej” trudno pisać, choć niewątpliwie – nawet jeśli sam proceder wydaje się jałowy i zbędny – wypada. Bo przemilczanie pewnych zjawisk jest swego rodzaju manipulacją. W tym konkretnym wypadku przykrą dla autora muzyki i haniebną dla milczka. Wprawdzie pod szyldem poj.wlkp ukazała się w tym roku płyta “Do zorzy”, która właściwie zadowala mnie w pełni, ale dobrze spojrzeć na twórcę z innej strony. Nawet jeśli ta – choć niewątpliwie jaśniejsza – jawi się z mojej perspektywy jako swoista ciemna strona księżyca.

Posłuchać można tutaj.

JAN STRACH, Bjurwa fantomatyczna, wyd własne


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *