Iperyt – The Patchwork Gehinnom (2017)

Ludzie lubią zabierać głos. Szczególnie wtedy, gdy mogą go zabrać dosłownie. Komuś, kto zajmuje stanowisko. Musi się to wiązać z przekrzykiwaniem, konfliktem, negacją. Niepełna samoświadomość nie pozwala co niektórym zastosowanie się do znanej Twainowskiej myśli, toteż nie budzą żadnych wątpliwości. Zresztą sami ich nie mają. Przez to najłatwiej do uszu tych, którzy wątpią, docierają ekstrema, a nie chciałbym rozwijać ostatniego słowa przed przecinkiem o jedną sylabę. By mieć spokojne sumienie, a przy okazji wykazać się przewrotnością, stwierdzę, że “The Patchwork Gehinnom” niespecjalnie mi się podoba. Teraz mogę przejść z powrotem do dygresji.

Do katowickiej grupy Iperyt mam pewien sentyment. Chętnie bym się z niego wytłumaczył, gdybym umiał zracjonalizować sam sobie, skąd się bierze. Pamiętam ich z samplera Agonii, wydanego przed jedenastoma laty, który był całkiem do rzeczy materiałem, choć oczywiście reklamowym. Patrzę sobie na nazwy: Thuderbolt, Infernal War, Urgehal – nie byle co. Trochę wody w Wiśle upłynęło (w pobliskich ciekach wolnych podobnie), czara goryczy niejednokrotnie się przelała, a nasi bohaterowie zdążyli – wszak mieli na to ponad dekadę – wydać w międzyczasie drugi album i uderzyć (z) trzecim.

Pytanie, czy to rzeczywiście cios. Trudno powiedzieć, jak czas (i)ma się do takiej muzyki, bo proste stwierdzenie, że nikogo już to, co się tu wygrywa, nie szokuje, to zbyt oczywiste pójście na łatwiznę nawet nawet dla mnie. Zresztą może ówcześni nastolatkowie którzy wrastają właśnie w ekstremalny metal, by jeszcze szybciej z niego wyrosnąć, puszczają ze smartfonów koleżankom z subkultury normalsów te industrialno-blackowe pociski, a zawsze znajdą się osoby, na których zrobi to – odpowiednio złe – wrażenie. Sam lubiłem prezentować niezorientowanym utwór tytułowy z debiutu, by sprawdzić, by wprowadzać zamęt i dezorientację.

A co teraz? Nikomu nie stałaby się wielka krzywda, gdybym zapomniał o omawianej (dobre sobie!) płycie po kilku dniach. Autoparodystyczne, karykaturalne brzmienie bawi, ale jest do przełknięcia. Chyba że oczekuje się sonicznej zagłady czy czegoś podobnego. Coś podejrzewam, że podobne doznania czekałyby mnie wtedy, gdy puściłbym sobie jednocześnie Godflesh i Behemotha, ale sprawdziłem to jedynie nieśmiało. Trzeba oddać katowiczanom, że grają szybko. Mimo zawrotnego tempa, potrzeba im aż czterdziestu pięciu minut.

Wczoraj wrzuciłem sobie przed snem płyty Infernal War i Azarath. Spałem dobrze. Gdybym miał z tym problemy, mógłbym dopisać sobie do listy “The Patchwork Gehinnom”. To nawet nie chodzi o to, że płyta jest dramatycznie zła. Właściwie im większa programowo bezkompromisowość i brutalność, tym większa nuda. A wystarczy zwolnić, pomyśleć, przycichnąć, by od razu było lepiej. Jak w melodyjnym (tak, tak!) finale płyty, do którego pewnie będę wracał. Pamiętając, by mierzyć zamiary na siły, resztę już sobie daruję. Jeśli przemawia do Ciebie niekoniecznie bezpretensjonalna prostota i dość oklepana dosłowność, to czemu nie? Wszystko jest kwestią konwencji.

Dziękuję za uwagę, oddaję głos do studia.

Posłuchać można tutaj.


IPERYT, The Patchwork Gehinnom, Agonia


(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *