Ilona Felicjańska – Wszystkie odcienie czerni (2013)

Pomyślałem, że warto spędzić popołudnie z książką. A jeśli już, to z taką, o której mógłbym napisać. Kiedyś już do takiej usiadłem, poddałem się szybko, dziś przyszedł czas na powrót. Ta książka to “Wszystkie odcienie cierni” Ilony Felicjańskiej.

“Zeszyty pokryte bazgrołami, płyty Metalliki i piłki Adidasa, kwiaty w oranżerii, wieczorne spacery, moja piczka. Zapomniał o nich”.
Bohaterkę, Annę, poznajemy, kiedy jest – jak by to mógł ująć raper – “robiona na śpiocha”, ale szybko uspokaja czytelnika, że nie jest zła na partnera, Oskara, za to, że “zrobił to bez żadnego pytania, bez przyzwolenia” (jak dowie[my] się chwilę później, po raz pierwszy bez zabezpieczenia), bo nie potrafi być zła. Szybko przedstawi nam Pawła, w wiadomych okolicznościach, ale i tutaj zostajemy uspokojeni, że że kobieta kobieta zdradza “tylko przypadkiem”, “ze złości”, “z zemsty” i “z samotności”, ponadto jeśli “dzieje się to regularnie, (…) to już nie jest zdrada”. W tle mamy wielki świat pięknych i bogatych ludzi (“rżnąłeś kiedyś gwiazdy, Oskarze?”), piękną plażę w Santa Monica, kilka ważnych filozoficznych pytań (“Czy wiatr kopuluje z falami i dlatego są tak głośno?”), parę gejów, których pożycie byłoby lepsze, gdyby się starali o dziecko (!!), dwójkę pociech Anny, grube tomiszcze Fowlesa i wielką aferę w przemyśle farmaceutycznym. A to dopiero pierwsze dwa rozdziały.

“Czuję się tak ostatecznie, niemożliwie zerżnięta, że potrzebuję to sama ze sobą przedyskutować”.
Wszystko, czego dowiadujemy się przez 1/4 książki, to to, że Anna pracuje w wydawnictwie, i że to wydawnictwo potrzebuje książki-hitu, więc Anna wymyśla, że byłaby nim książka dla kobiet, a “kobiety poszukują mocnej literatury, przesiąkniętej seksem, zmysłowej, inspirującej, odważnej, ale nieprzekraczającej granicy dobrego smak”. Nie trzeba doczytać tak daleko, by wiedzieć, że obcując z “Wszystkimi odcieniami czerni”, nie obcujemy z taką literaturą. Jeśli w ogóle obcujemy z literaturą. I że to nie – jak w “opowieści” – “romans erotyczny z elementami nadprzyrodzonymi”. Ani thriller erotyczny. To chaotyczna fantazja przetykana fabularnymi dygresjami, w której chce się pomijać fragmenty opisujące zbliżenia, ale to redukuje tekst do rozmiarów większej broszury, w której skrawki retrospekcji tworzą w wielu miejscach ledwo czytelny, a w całości zapaćkany kolaż.

“W marzeniach penisy wyglądają dokładnie tak, jak powinny”.
Nie jest to jednak pozycja budząca taki… hmmm… dyskomfort co opisywane niedawno “365 dni” Blanki Lipińskiej. Przydarzy się wątek ciekawy (żona Oskara, Japonia), choć mniej ciekawy również (Anna poznaje Pawła), momentów jest równie dużo, ale sam język nie odrzuca nużącą wulgarnością, a rolę marek ubrań i perfum pełnią u Ilony Felicjańskiej nazwiska pisarzy i tytuły filmów, w dykcji znać więcej naturalnej predyspozycji do pisania, choć nadal nie wydaje się ona szczególna. Główny zły (i dobry w łóżku) nie jest mafiozem, a głównie łapówkarzem i figurą dość niedookreśloną, rzadziej dopuszcza się gwałtów (i nie mówi o tym, że się ich nie dopuści). Prawie można go polubić. Tak jak całą książkę.

“Na stołach skrawki serów kopulują z poszarpanymi wędlinami, koreczkami, łososiami i całą masą innych przekąsek”.
W końcu – czyli w połowie tekstu – pojawia się jakaś historia, nie tylko ciąg opisów zbliżeń i retrospekcji będących ciągiem opisów zbliżeń, która zostaje zostaje tak najgorzej zakończona (i domknięta epilogiem), choć oczywiście nie jest ani oryginalna, ani trzymająca w napięciu, ani wyjątkowo umiejętnie opowiedziana. Nie ma sensu szukać w niej głębi czy przesłania. W wielu momentach niezamierzenie śmieszy, a jako – uch! – thriller erotyczny nie spełnia żadnej z obietnic, jakie książka w tym gatunku mogłaby składać.

Ale przecież wszyscy kłamią. A sztuką jest wybaczać.


ILONA FELICJAŃSKA, Wszystkie odcienie czerni, Akurat

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz