Have a Nice Life – Sea of Worry (2019)

Dawniej byłem nieufny wobec klasyków. Nie wiem, czy wynikało to z podświadomej potrzeby posiadania własnego zdania, czy z potrzeby odczuwania przyjemności (gdy jeszcze było mi to dane), której częstokroć nie odczuwałem, ale ostatecznie poskutkowało tym, że musiałem się pogodzić z tym, iż czasami to większość ma rację i przeprosić się z niejednym albumem. Dziś, w dobie kreatorów/liderów opinii (gdyby ktoś nie wie, co o czymś myśleć, to zwykle wie, kogo posłuchać, by się dowiedzieć), kiedy co chwilę startuje kolejny hypetrain, moja nieufność nie sięga daleko w czasie, ale jest równie głęboka. Dlatego choć dawałem sobie – i im – szanse, to Have a Nice Life nie dane mi było pokochać. Czy zmieni się to za sprawą “Sea of Worry”?

Smutek amerykańskiego duetu Barrett-Macuga nigdy mi się nie udzielił, nie poczułem go w kościach, choć na trudnym do wytłumaczenia – przynajmniej bez długiej dygresji – poziomie wywołuje go samo wspomnienie nazwy Have a Nice Life, bez konieczności wiązania jej z jakąkolwiek muzyką. Nie chcę pisać jednak o tym, dlaczego nie podobają mi się dwie poprzednie płyty, choć mógłby to być interesując tekst, bo przynajmniej bym się dowiedział, dlaczego dwie poprzednie płyty mi się nie podobają. To możliwe, że warto byłoby do nich powrócić, ale powroty bywają niemożliwe.

To, co pierwsze uderza na “Sea of Worry” – choć nadal nie jest to brutalny i precyzyjny cios obuchem w potylicę – to nastrój. Kompozycja tytułowa to przytulnie mroczny (sic!) gothic rock, który z jakichś tajemnych przyczyn zaplątał się na album z 2019 roku, a brzmi tak, jakby został może nie nagrany, ale skomponowany w 1984, podobnie zresztą “Dracula bells” (znam skądś ten charakterystyczny riff ze środka, ale jak zwykle w takich sytuacjach, za nic nie mogę sobie przypomnieć skąd). Trzeci na liście “Science beat” to najlepszy z trzech wypuszczonych wypuszczonych na przełomie późnego lata i wczesnej jesieni singli, równie(ż) zagubiony w czasie, jak skarb zaginiony gdzieś w archiwach 4AD, bardzo rozmarzony i leniwy, z wokalem-echem, odległym echem, choć chyba nie odległym – póki nie staje się bardziej ekspresyjny – do shoegaze’u lat 90. Można kontynuować wyliczankę, tak jak panowie kontynuują podróż przez stylistyki i epoki (“Trespassers W” to taka hałaśliwa gitarowa alternatywa, no nie wiem, przełomu XX i XXI wieku, a dla innych pewnie stare dobre HaNL, skoro to kompozycja z czasów ich debiutu), ale podobno nie tak pisze się recenzje. Może idę na łatwiznę. A może daje się prowadzić tej muzyce za rękę. Nawet chwilami zawierzam się jej całkowicie, przymykając oczy. Post-rockowe drony “Everything we forget” w dużym stopniu ułatwiają sprawę.

Albo dokończę. “Lords of Tresserhorn” – uwaga, bezsensowne porównanie! – pokazuje, jak mogłoby brzmieć Depeche Mode, gdyby ktoś (Trent Reznor?) wziął i zabrudził, zapaskudził wręcz któryś ich utwór tak, by wyszło coś ładnego. Ale nie tak ładnego jak finałowa (w części) akustyczna ballada, “Destinos”, która prowadzi z piekła do… No może nie do nieba, ale do czyśćca już tak.

I może prowadzi też sam zespół z powrotem… do jego samego. Odnoszę bowiem wrażenie, że ilość HaNL zwiększa się z każdą chwilą, z każdym kolejnym utworem, i pod koniec, kiedy jestem przekonany, kogo słucham, to “Sea of Worry” staje się dla mnie delikatnie problematyczną pozycją. I kiedy podzielić ją na dwie części (utwory 1-4 i 6-7, z “Everything we forget” jako przejściem między nimi), to zdecydowanie wolę tę pierwszą: prostszą, piosenkową, wywołującą całkiem przyjemne uczucia. Dla mnie mimo wszystko to jedna z dziesiątek, jeśli nie setek płyt, których słuchałem w tym roku. O czym za kilka tygodni pozwoli mi pamiętać pewnie głównie ta recenzja.

HAVE A NICE LIFE, Sea of Worry,
The Flenser

(skala ocen: 0.5-5.0)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *