happysad – Rekordowo letnie lato (2019)

Lubię happysad.

Zacząłem mocno, więc napięcie powinno tylko rosnąć. Nie wiem, czy to ja potrzebowałem dużo czasu, by się do Kuby Kawalca i jego kolegów przekonać, czy to im nie było śpieszno nagrywać albumów, które skłonią mnie do wyrażenia tak śmiałej refleksji jak powyższa.

Krajobraz polskiego rocka wydaje się dość przygnębiający… i pusty. Jak widok zza zaparowanej i brudnej szyby pociągu pędzącego (hah!) przez Polskę u progu zmierzchu późnym listopadem. Rocka będącego alternatywą dla osób, które niekoniecznie interesują się alternatywą, a jednak chcą jej chcą i poszukują. Coma zawiesza działalność. Kult nie nagrywa nic od wielu lat, mimo że przecież nagrywa. Pidżama Porno wraca, ale – parafrazując Tomasza Burnosa – to nie ma żadnego znaczenia, że wraca. Lao Che zaczęło z wysokiego C, teraz jest raczej “be”. Z Hey została Nosowska, z Nosowskiej nie zostało prawie nic. T.Love to już tylko Muniek, a Muniek to wciąż tylko Muniek. Myslovitz to Rojek, a Rojek to nie Myslovitz. Jest Fisz (rock bez rocka), jest Limboski, jest dawniej-‘rockman’ Dawid Podsiadło, jest Tymon Tymański, jest Król, jest Organek… To jednak nie to. Nawet pod szyldem “Męskie Granie”, które zasadniczą część zjawisk na tej pustej scenie pośród zgliszcz podsumowuje, podsumowując samo siebie. I jest happysad.

Jeśli przyjąć, że dorosłem do zespołu, to ciekaw jestem, czy jego fani dorastali i zmieniali się wraz z nim, czy po prostu z niego wyrośli. Niegdyś utwory happysadu wrastały w radiowe playlisty, a teraz, gdy muzycy dojrzeli, wydają się niedostrzegani. “Rekordowo letnie lato” przynosi rekordowo niewiele powodów do drwin z rzekomej naiwności tekstów i miałkości muzyki, bo chłopaki to już faceci, a sztuka, którą uprawiają, nie jest nieintencjonalną piosenką harcerską. Nie jest gdzieś od “Ciepło / Zimno”, a więc od lat (siedmiu). I mam wrażenie, że nazwa zespołu sama w sobie u jednych budzi pogardliwy uśmiech, a u inny nie musi budzić już większych – oczywiście pozytywnych – emocji. Na nowym albumie nie słyszę wprawdzie tego niepokoju, który zapamiętałem z “Ciała obcego”, wydaje się mniej rozedrgany, choć jego barwy są równie niejasne, zacienione. Ta muzyka sobie płynie, sunie swoim torem i tempem, jest przyjemnie nieangażująca, wyprofilowana tak, by nie budzić dyskomfortu, ma miłą, miękką fakturę. Czasem brzmi jak coś innego, tylko trochę lepiej (“Musisz” -> Lao Che), dla wielu, którzy przespali dekadę, może pewnie nie brzmieć jak happysad, ale to takie sympatyczne wypełnienie dźwiękowej pustki, jeśli akurat nie ma czego włączyć. Bo czemu nie puścić sobie właśnie tej płyty?

Właśnie: czemu? Nawet jeśli to trójkacore (co ciekawe, śladów fragmentów płyty w LP3 brak), to taki… lepszy. Prędzej intrygujący niż irytujący. Ironiczne jest to, że happysad jest po latach – mimo diametralnej zmiany – zespołem równie osobnym w swojej “niszy” co kiedyś.


HAPPYSAD, Rekordowo letnie lato, Mystic

(skala ocen: 0.5-5.0)